O blogu



W tak zwanych polskich internetach stron o muzyce mnie interesującej niemal brak. A przecież oprócz mnie słuchają jej też inni ludzie. Wielu ludzi.
O jakiej muzyce mowa? Dobrej! To znaczy? Przede wszystkim o tzw. klasycznym rocku, czyli wspaniałym okresie lat 60-tych i 70-tych, głównie o Brytolach i USA. Ale nie tylko.
Bo z jednej strony często sięgam jeszcze dalej (gdzieś do przełomu XIX i XX wieku, a więc do mniej lub bardziej wesoło brzdąkających Murzynów na plantacjach), a z drugiej jestem też w jakiś sposób zainteresowany muzyką aktualną. Bo po pierwsze część dinozaurów pokroju Boba Dylana, Keitha Richardsa czy Paula McCartneya wciąż działa, a po drugie zdarzy się czasem ktoś, kto co prawda wiosen liczy sobie niewiele, ale umiejętnie inspiruje się minioną epoką. Błogosław mu, Chrystusie!

 

Budowa bloga do najbardziej skomplikowanych z pewnością nie należy. Myślę jednak, że kilka słów wyjaśnienia nikomu nie zawadzi. Wszystkie artykuły podzielone są na cztery kategorie.
Pierwsza z nich to Szybkowieści. Nazwa mówi chyba wszystko – tutaj znajdziecie świeże, aktualizowane w miarę jak najczęściej, krótkie informacje o tym, co dzieje się w świecie wspominanej „dobrej muzyki” (określenie niesamowicie arbitralne, ale dobrze mi z tym).
Z kolei w Długotekstach napotkać możecie zasadniczą część bloga, tj. recenzje płytowe, relacje z koncertów, felietony i takie tam różne.
Dział Pięciozbiory natomiast jest chyba moim ulubionym. W nim umieszczam zestawienia (wszyscy je kochamy, prawda?) związane z liczbą 5, a więc „Pięć wspaniałych występów rockowych”, „Pięć utworów, o których istnieniu nie masz pojęcia i powinieneś się wstydzić”, „Pięciu wykonawców, którzy nie myją zębów po śniadaniu” i tym podobne.
Kategoria ostatnia – Kinonotatki – to już sprawa trochę odrębna. Tak się bowiem składa, że oprócz muzyki czasem zdarza mi się też napisać co nieco o kinematografii.
Oprócz wszystkich tych artykułów możesz też przeglądnąć strony O blogu (co właśnie czynisz), czy O autorze (do czego gorąco zachęcam). Nakłaniam również do polubienia profilu bloga na Fejsbuku (tam w menu po prawej stronie) – dzięki temu będziesz dowiadywał się o wszelkich nowościach tak szybko, jak to tylko możliwe. A poza tym – kto wie – może zorganizuję z czasem jakiś konkurs?

 

Oceny, które wystawiam albumom i filmom w recenzjach są rezultatem żmudnych obliczeń wykonywanych przez specjalnie do tego przeszkolone stado gibonów. Gibony owe najpierw wystawiają danemu dziełu (lub szmirze) ocenę w jednej z czterech lub pięciu podkategorii, a następnie podają notę ogólną (która w żadnym wypadku nie jest średnią arytmetyczną poprzednich). Ostateczna ocena jest wyrażona graficznie (w skali od 1 do 5) za pomocą płyt winylowych i ich połówek.
Co się zaś tyczy wspomnianych podkategorii… Jeśli chodzi o albumy muzyczne są to: pomysł (ogólny koncept całego albumu, a także oryginalność poszczególnych piosenek), teksty (liryczna sfera utworów, zarówno pod względem opowiedzianej historii, jak i zastosowanych środków stylistycznych, układu rymów, wszelakich nawiązań kulturowych), melodie (oryginalność melodii, ich mnogość oraz w-ucho-wpadalność, zastosowane riffy itp.) oraz aranżacja (użyte instrumenty, umiejętności zespołu, wokale, ogólne brzmienie utworów).
Natomiast podkategorie filmowe to: pomysł (oryginalność, nietypowość, wizja filmu, blablabla – generalnie podobnie, jak z muzyką), historia (po prostu fabuła), aktorzy (dobór obsady, ich kreacje oraz to, czy Johnnemu Deppowi udało się zagrać inaczej niż w połowie swoich filmów), zdjęcia (nie tylko jakość samych ujęć, ale też scenografie, kostiumy, a więc ogólnie rzecz biorąc sfera wizualna) oraz dźwięk (efekty dźwiękowe, ale przede wszystkim zastosowana w filmie muzyka).
Nie oceniam koncertów, a to z tego prostego powodu, że nie chodzę na nie wystarczająco często (bo nie ma na co), w związku z czym nie mogę uważać się za jakiegokolwiek znawcę. Własną ocenę możecie wypracować sobie po przeczytaniu moich koncertowych relacji.

Reklamy