Cóż za piękny hałas

h_2013_07_14_cozzapieknyhalas
k_dlugoteksty
The Who to grupa nietypowa pod wieloma względami. Ale nic nie świadczy o owej wyjątkowości dosadniej niż fakt, że najlepsza wydana przez nich płyta to… album koncertowy.

i_liveatleeds

Oryginalna jest już sama okładka

Na początku 1970 r. The Who byli już „znani i poważani” po obu stronach Atlantyku, a to m.in. za sprawą wydanej kilka miesięcy wcześniej genialnej, dwupłytowej rock opery „Tommy”. Krytycy i publiczność oczekiwali kolejnych utrzymanych w tej stylistyce nagrań – przemyślanych, inteligentnych i rozbudowanych. Zespół postanowił jednak nie dyskontować sukcesu i wrócić do korzeni, do tego na czym mozolnie budował swoją pozycję, a więc do grania na koncertach esencjonalnego rocka. Zdecydowano się wydać album live. Początkowo próbowano wykorzystać materiał z trasy odbytej jesienią poprzedniego roku, ale lider zespołu Pete Townshend chyba nie miał ochoty przesłuchiwać 80 godzin materiału i – jak sam twierdzi – „puścił je z dymem w ogromnym ognisku”.

Ostatecznie zrezygnowano więc z tworzenia sztucznej kompilacji (całe szczęście!) i postanowiono nagrać dwa koncerty – w Kingston upon Hull oraz w Leeds. Palec Boży zainterweniował raz jeszcze, w Kingston pojawiły się problemy techniczne i w efekcie do wydania nadawał się tylko materiał z drugiego miasta. Tak zrodziło się „Live at Leeds” – jeden genialny koncert na jednej genialnej płycie. Obecnie do wyboru mamy kilka wersji albumu, ale ja proponuję sięgnąć po tę z 1995 r. (czteropłytowa wersja z 2010 r. to raczej gratka dla hardkorowych fanów). Co kryje się pod wzorowaną na bootleg okładką? Pełen przekrój ówczesnego zestawu koncertowego The Who. Pierwsze wielkie hity („I’m a Boy”, „Happy Jack”), świeży singiel („Substitute”), fragmenty z rock opery „Tommy” (całość w wersji live można dorwać na wspomnianej edycji z 2010 r.), przearanżowane covery („Summertime Blues” Eddiego Cochrana, „Shakin’ All Over” Johnny’ego Kidda, „Young Man Blues” Mose’a Allisona), a przede wszystkim niezwykle długie wykonania „Magic Bus” oraz „My Generation” – pierwsze trwa 8 minut, drugie 16. Pewnie stwierdziliście teraz w głębi ducha, że niemal dwudziestominutowych utworów to wy słuchać nie będzie, „bo na pewno nudy” (czy też – jak to określa mój dziadek – „o, takie pitolenie”).

(powyższy zapis pochodzi z koncertu na wyspie Wight z tego samego roku; chyba jedynym nagraniem wideo z Leeds jest to tutaj – niestety po pierwsze wyrywkowe, a po drugie skupia się głównie na Townshendzie)

Pete Townshend szykuje się do odlotu

Pete Townshend szykuje się do odlotu

Błąd! Być może największy w waszym życiu. Po pierwsze, każdy z zawartych na „Live at Leeds” utworów to miniaturowa suita złożona z różnych riffów – pochodzących a to z innych kompozycji, a to z nagłej potrzeby improwizacji – a mimo tego zaskakująco składna, bez ani jednej niepotrzebnej sekundy. Po drugie, The Who stanowiło czterech genialnych muzyków, z których każdy mógłby równie dobrze być filarem odrębnego zespołu. Nie było chyba w historii rocka innej grupy, w której zmieściliby się: wokalista potrafiący równie doskonale drzeć się, jak i szeptać (Roger Daltrey), niezwykle płodny kompozytor i niemniej uzdolniony gitarzysta (Pete Townshend) oraz najsolidniejsza (a przy tym też najbardziej oryginalna) sekcja rytmiczna ever, czyli Keith Moon (jak sam o sobie mówił: „najlepszy perkusista grający w stylu Keitha Moona) oraz John Entwistle (jedyny basista, który potrafił nadążyć za wyżej wspomnianym).

Dzięki temu „Live at Leeds” to płyta, której nie można przesłuchać tylko raz. Za każdym kolejnym odtworzeniem bowiem jesteśmy zaskakiwani czymś nowym – znaną skądinąd, sprytnie wplecioną melodią, pędzącą linią basu, solówka gitarową, czy ironicznymi komentarzami od członków zespołu. Jednocześnie brak tu dwóch największych chorób niszczących płyty koncertowe – nadmiernej ingerencji reżyserów dźwięku oraz przedłużających się, przytłaczających wszystko inne okrzyków z widowni (wydawcy wychodzą chyba z założenia, że album rockowy to sitcom – „jeśli wrzucimy oklaski, to słuchacze będą wiedzieli, że ma im się podobać”). Zwykle „lajwy” są sympatycznymi dodatkami uzupełniającymi płytotekę zespołów. Tymczasem „Live at Leeds” to najlepszy krążek The Who (no, może obok wspominanego „Tommy’ego”). Co więcej, to najlepsza płyta koncertowa wszech czasów. Czysta, niczym nie zanieczyszczona godzina pięknego hałasu. Istota rocka.

OCENA
o_piec
pomysł: 4,5 | teksty: 4,5 | melodie: 5 | aranżacja: 5

Źródła zdjęć: thewho.com, 00individual.wordpress.com, fr.film-cine.com

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Długoteksty i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Cóż za piękny hałas

  1. Dawidsu pisze:

    Musisz dziadziowi zapłacić tantiemy.

  2. jagodowyhamak pisze:

    dlaczego kilkunasto minutowe utwory miałyby być gorsze? jak fan hendrixa, grateful dead, czy velvet underground, często żałuję, że nie mają więcej piosenek w swoim repertuarze, jak „a merman i should turn to be”, dark star, terrapin station, czy what goes on, white light white heat, czy sister ray. uwielbiam te piosenki. a kompozycja 2 minutowa jest dla mnie masakrycznie krótka.

    • patykowy pisze:

      Myślę, że wszystko zależy od konkretnego utworu. :) Jeśli jest dobry, to może mieć siedem („Third Stone from the Sun” Hendrixa), dwanaście („Desolation Row” Dylana), czy nawet ponad 20 minut („Thick as a Brick” Jethro Tull), a i tak słucha się tego z zapartym tchem. Są też jednak takie kompozycje (dla mnie to np. duża część repertuaru Milesa Davisa), które mogą stanowić co najwyżej niezobowiązujące tło podczas codziennych zajęć.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s