Doskonale zaplanowana nieprzewidywalność



Najnowszy album The Doors – „Live At the Bowl ’68” – udowadnia jak wiele jest jeszcze do zrobienia ze spuścizną lat 60.

Koncert ten zarejestrowano 5 lipca 1968 r., a wydano po raz pierwszy w roku 1987. Była to jednak wersja zdecydowanie okrojona, zawierająca tylko 7 utworów. Tegoroczna edycja tak naprawdę nie jest więc wznowieniem, ale zupełnie nowym potraktowaniem całego koncertu. Dodajmy do tego, że koncertu zupełnie niezwykłego. Dlaczego? Ano chociażby z tego powodu, że Doorsi odbyli przed nim próbę, co zdarzało się naprawdę rzadko. Dzięki temu udało im się w trakcie występu z jednej strony zachować swoją naturalność, świeżość i nieprzewidywalność, z drugiej jednak poczynione wcześniej plany pozwoliły na utrzymanie dynamiki, uniknięcie zbyt rozwlekłych, nieprzemyślanych improwizacji.

Całość zaczyna się długim, idealnie wyważonym „When the Music’s Over”. Jim Morrison, choć przed występem nie odmówił sobie porcyjki LSD, doskonale zgrywa się z resztą zespołu i z miejsca zaczyna łapać wspaniały kontakt z publicznością. Potem następuje zestaw kawałków idealnie przechodzących jeden w drugi: „Alabama Song”, „Back Door Man” oraz „Five to One”. Brzmienie gitary Robbiego Kriegera jest mocne i mięsiste, John Densmore za bębnami momentalnie reaguje na to, co dzieje się na scenie, a klawiszowe improwizacje Raya Manzarka sprawiają wrażenie granych z nut. Czasami trudno uwierzyć, że to album koncertowy. Dodatkową ciekawostkę stanowią trzy wspaniałe utwory: „Hello I Love You”, „Spanish Caravan” oraz „The WASP” – przy ich rejestracji pojawiły się problemy techniczne, ale teraz udało się je przywrócić do życia (choć nie do końca wiernie, bo przy pomocy zapisów wokalu z innych koncertów).


Cały album, liczący sobie 15 utworów, kończy się w iście przebiegły, poruszający sposób. Otóż najpierw zostajemy zaatakowani przebojowym „Light My Fire”, podczas którego radośnie tupiemy nogą i śpiewamy razem z Jimem, a wszystko po to by po chwili Doorsi wprowadzili nas w krainę niepewności i mroku. Najpierw jest nam dane usłyszeć „Unknown Soldier” z charakterystyczną sekwencją rozstrzelania, po czym zespół zaczyna grać pierwsze nuty kilkunastominutowego, druzgocącego (jak to zgrabnie ujął Densmore) „The End”… Koncert się kończy, a my siedzimy i nie wiemy co se sobą zrobić. Chyba to mieli na myśli starożytni Grecy mówiąc o katharsis.

Czasem, gdy zastanawiam się nad muzyką lat 60. i 70., żałuję, że te lata minęły, że współcześnie nie nagrywa się już tak fantastycznych albumów, a i tych dobrych jest jak na lekarstwo. Wydawnictwa takie jak „Live At the Bowl ’68” przypominają mi jednak, że owe minione dekady pozostają rozdziałem otwartym. Mamy więc, bracia i siostry, dużo powodów do radości. Oby było ich coraz więcej.

OCENA

Źródła zdjęć: warnermusic.pl, thewallsscreamedpoetry.tumblr.com

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Długoteksty i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s