Idź pan, panie, z polityką



„Election Special” Ry’a Coodera to płyta, którą trudno opisać jednym zdaniem, czy też jednoznacznie ocenić.

Dla przypomnienia: większość kojarzy Coodera prawdopodobnie jako tego, który odpowiedzialny jest za projekt Buena Vista Social Club. Ponadto Ry współpracował w swoim czasie z Captainem Beefheartem, Johnem Lee Hookerem, czy Ericiem Claptonem. W 2003 r. trafił na zaszczytne 8 miejsce listy 100 najlepszych gitarzystów wg magazynu Rolling Stone (przyznać trzeba, że na slajdzie wymiata jak się patrzy). Nagrał też Cooder w swoim życiu całą furę płyt solowych. Teraz dorzucił do nich kolejną – „Election Special” – a to w związku ze zbliżającymi się wyborami prezydenckimi w USA.

Cooder rozpoczynał swoją karierę muzyczną w czasach hippisów i innych takich, więc nietrudno domyślić się, że sprzyja on raczej lewicowej Partii Demokratycznej. Biorąc pod uwagę moje poglądy, powinienem odwrócić się na pięcie i pójść zaparzyć sobie ziółek na uspokojenie, ale moim zdaniem specjalne przejmowanie się amerykańskimi wyborami tutaj w Polsce jest zdecydowaną przesadą. Dlatego też – choć być może niektórzy nazwą mnie geopolitycznie nieświadomym ignorantem – przed recenzją nowej płyty Coodera powziąłem następujące postanowienie: przymykam uszy na agitację i skupiam się jedynie na muzyce. Początkowo wydawało się, że zostałem za to sowicie wynagrodzony… Pierwszy kawałek, czyli „Mutt Romney Blues”, jest po prostu doskonały. Piękna, brzęcząca gitara Coodera, pędzący do przodu rytm, ciekawy tekst – po prostu pełna energii esencja bluesa.


Nie tak fantastycznie, ale przynajmniej dobrze miała się sprawa z kolejnym, przesiąkniętym brzmieniem mandoliny i nieco tajemniczą atmosferą utworem – „Brother Is Gone”. Niestety – chwilę później Cooder przegiął pałę. „The Wall Street Part of Town”, które w zamyśle powinno porwać protestujące tłumy, okazało się nudną, przewidywalną i nieciekawą piosenką – zarówno pod względem tekstu, jak i melodii. Co gorsze, „Guantanamo”, czyli utwór kolejny, powtórzył po swoim poprzedniku wszystko to, co najgorsze. Ry Cooder zapędził się w swoich politykowaniach tak daleko, że zapomniał o dobrym brzmieniu. Dalsza część płyty z jednej strony nie schodzi już do tak niskiego poziomu, ale z drugiej nie powtarza też magii pierwszego utworu. Trochę dłużej w pamięci pozostaje tylko śpiewany z perspektywy Baracka Obamy „Cold Cold Feeling” ze świetnym slidem oraz mroczny i niepokojący „Kool-Aid”. No a z kolei takie „Going to Tampa” razi nieco prostackością swojej satyry.

Tak jak wspominałem na początku – próbowałem słuchać „Election Special” nie zważając na politykę. Okazało się jednak, że przekonania Coodera wpłynęły nie tylko na warstwę ideologiczną płyty, ale także – niestety niekorzystnie – na płaszczyznę muzyczną. Tego już zdzierżyć nie potrafię. I żebyśmy się dobrze zrozumieli: są na tej płycie 2-3 utwory, do których z pewnością niejednokrotnie wrócę; generalnie jednak jestem zawiedziony. Stąd też ocena 3,5/5 – z jednej strony dobra, z drugiej nie krzycząca „super”. Mam jednak na sam koniec konstatację pozytywną: „Mutt Romney Blues” pokazuje, że w Cooderze drzemie jeszcze wiele niewypalonego potencjału i być może za parę lat doczekamy się płyty godnej ocen najwyższych. Czego wam i sobie życzę, amen.

OCENA

pomysł: 3,0 | teksty: 3,5 | melodie: 4,0 | aranżacja: 4,5

Źródła zdjęć: warnermusic.pl, philly.com

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Długoteksty i oznaczony tagami , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Idź pan, panie, z polityką

  1. Tommy pisze:

    Surowa ocena. To nie pierwsza rozpolitykowana płyta Ry’a, ale mam nadzieję, że jego twórczość globalnie oceniasz wyżej. Przypomina się chyba najsłynniejszy polityczny spór w muzyce między Lennonem (lewak podobnie jak Cooder) i Presleyem, który – jak na republikanina przystało – podczas spotkania z prezydentem Nixonem usilnie zabiegał o banowanie The Beatles (mimo, że publicznie ich chwalił). Dopiero po latach ujawniono rozmiar inwigilacji FBI wobec Lennona. Lider The Beatles był jeszcze większym lewicowym aktywistą niż Cooder i na swoich płytach często poruszał owe kwestie. Najlepszy przykład to album ‚Some Time in New York City’. Co ciekawe, album totalnie zmieszany z błotem przez prawie wszystkich, a ja go uwielbiam za jego surowość. Podejrzewam, że większość artystów ma poglądy lewicowe. To wynika z natury tej profesji. Choć my przedwczoraj straciliśmy wybitnego muzyka reprezentującego akurat odmienną orientację polityczną. Mowa oczywiście o wielkim Przemysławie Gintrowskim. Mało w tym komentarzu Coodera, ale sam się prosił stawiając akcent na politykę, a nie na muzykę.

    • patykowy pisze:

      O widzisz! I tu się w zupełności zgadzamy, bo „Some Time…” to dla mnie trzecia (po „Plastic Ono Band” oraz „Imagine”) ulubiona płyta Lennona. Takie kawałki jak „John Sinclair” czy „Attica State” absolutnie wymiatają, a co ciekawe „Sunday Bloody Sunday” jest utworem przynajmniej dobrym (czego niestety nie można powiedzieć o większości piosenek z Yoko na wokalu).

      Co do Coodera – oczywiście oceniam go wyżej, niż tę konkretną, recenzowaną płytę. Dlatego właśnie jestem nieco zawiedziony. Liczę po cichu na coś wspaniałego za parę lat. A jutro lub pojutrze spróbuję posłuchać „My Name is Buddy”, który to album polecałeś. Bo przyznam, że póki co jeszcze nie miałem okazji go dobrze poznać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s