Brodaczy dzieła zebrane



Całkiem niedawno Warner Music wydało zestaw pięciu klasycznych albumów ZZ Top. Czy warto wyłożyć nań swoje ciężko zarobione złotówki?

Zestaw ów stanowi kolejną część projektu „Original Album Series”. Jak wcześniej, tak i teraz musimy zapłacić ok. 60 zł, w zamian za co otrzymujemy pięć płyt zapakowanych w cienki karton imitujący winylowe okładki (z tym, że w wersji mini). Jak to często bywa, pojawia się pytanie: warto czy nie? W przypadku takich kolekcji wszystko zasadza się na jednej kwestii: jakie albumy dobrano. Ano takie…

Rio Grande Mud
To jeszcze „młodzieńcza”, bo druga, pochodząca z 1972 r. płyta ZZ Top. Już wtedy widać było, że wszyscy trzej panowie wiedzą, co to dobry blues rock, a także, że w ich głowach rysuje się oryginalna, nietuzinkowa wizja zespołu. Wciąż jednak słyszalny był pewien brak doświadczenia. I nie mam tu na myśli umiejętności technicznych, ale raczej kompozytorskie. Największą bowiem wadą tej płyty jest dość wysoki współczynnik monotonii. Można tu jednak znaleźć kilka naprawdę dobrych kompozycji. Fanów rockowej energii ucieszą „Francine”, czy „Whiskey’n Mama”, natomiast wolący bluesowe brzmienia mogą sięgnąć po „Mushmouth Stoutin'” i „Apologies to Pearly”. Generalnie jest okej, ale to jeszcze nie to.


Tres Hombres

Nie będę ukrywał: dla mnie „Tres Hombres” z 1973 r. to kwintesencja brzmienia ZZ Top, ich najlepszy album. Po pierwsze: nie ma tu ani jednego „słabego ogniwa”. Po drugie: kompozycje są zróżnicowane. Po trzecie: album jest wykonany na naprawdę wysokim poziomie technicznym, pełen świetnych melodii i doskonałych riffów. Po czwarte (i chyba najważniejsze): zespół zdołał już w pełni wypracować swój oryginalny styl – przesiąknięty Teksasem, Meksykiem, bluesem, rockiem i szeroko pojętą męskością. Moi faworyci na tym krążku to „Waitin’ for the Bus”, „Jesus Just Left Chicago” oraz – oczywiście – „La Grange”, ale w zasadzie każdy z 10 obecnych tu utworów zasługuje na nagrodę od gubernatora stanu Teksas. Świetny album, swoisty „must have” na półce każdego fana rocka.


Fandango!

To płyta ciekawa chociażby ze względu na to, że składająca się niejako z dwóch pomysłów. Strona A (czyli, mówiąc dzisiejszym językiem, pierwszych sześć kawałków) jest bowiem zapisem koncertu, natomiast strona B to już pięć nowych, studyjnych nagrań. Żadna z dwóch połówek nie zaskakuje, ale żadna też nie nuży. Jeśli chodzi o koncert, to najciekawszą jego częścią jest dziewięciominutowe „Backdoor Medley”, niektórych może porwać też cover Elvisowego, rockandrollowego standardu „Jailhouse Rock”. Z kolei wśród kompozycji studyjnych na czoło wybija się zdecydowanie „Tush”. Generalnie rzecz biorąc cała płyta w swym wyrazie ma coś z… punk rocka. Proste bicie perkusji, dużo energii i żywiołowości. „Fandango!” samo w sobie nie jest szałowym albumem, ale w omawianym zestawie stanowi istotny, uzupełniający resztę punkt.


Degüello

Kolejny album pochodzi z roku 1979 i zaczyna być na nim słychać zbliżające się wielkimi krokami lata osiemdziesiąte. Jeśli nie wiecie co mam na myśli, to posłuchajcie chociażby pochodzącego z tego krążka utworu „Manic Mechanic”. Szczypta kiczu, trochę hałasu, łamany rytm. Wszystko, póki co, w dawkach naprawdę niewielkich, ale na pewno zauważalnych. To już ostatni album z klasycznego okresu ZZ Top. Zbiera w sobie wszystko to, co zespół zdołał osiągnąć do tej pory. Z jednej strony jest to udana mieszanka bluesa, rock & rolla i rocka, z drugiej jednak zapuszczający coraz dłuższe brody panowie powtarzają schemat z „Rio Grande Mud” – innymi słowy: brak tu naprawdę oryginalnych kompozycji, utwory zlewają nam się w jedną całość. Sprawia to, że dość rzadko sięgam po „Degüello”.


Eliminator
Prawdopodobnie najbardziej znana płyta w karierze ZZ Top. Jeśli lata osiemdziesiąte na „Degüello” były ledwie słyszalne, to tutaj już zespół poleciał po całości. Syntezatory, dyskotekowe rytmy, maszyna perkusyjna… O ile jednak zazwyczaj takie dodatki do rocka czy bluesa mnie odrzucają, to tutaj jest naprawdę dobrze. I nie jestem jedynym, który tak uważa, bo „Eliminator” w swoim czasie sprzedał się w ogromnej ilości egzemplarzy (ponad 10 milinów w samych Stanach Zjednoczonych), a także przekonał do siebie szereg krytyków muzycznych. Faktem jest bowiem, że nie brakuje tu kilku oryginalnych, ciekawych zabiegów (vide: mięsisty, ciężki bas w „Thug”), a przede wszystkim doskonałych, chwytliwych i mało powtarzalnych melodii. „Gimme All Your Lovin'”, „Got Me Under Pressure”, „Sharp Dressed Man”, czy „I Got the Six” należą do najlepszych kompozycji zespołu.


Zestaw „ZZ Top – Original Album Series” jest jednym z niewielu tak dobrze przemyślanych. Ukazuje zespół ze wszystkich stron, zawiera utwory wczesne i późniejsze, studyjne i koncertowe, klasyczne i nietypowe… A przede wszystkim wiele minut naprawdę świetnej muzyki. W zaistniałej sytuacji około 60 złociszy wydaje się kwotą zdecydowanie niewielką. Jeśli tylko lubicie taką muzykę – zdecydowanie polecam ów zestaw nabyć. Albo wygrać na Patykowym Blogu w konkursie, który już niebawem.

Źródła zdjęć: about.com, last.fm, warnermusic.pl

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Długoteksty i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s