Ale epicka lista!



To zestawienie powstawało niezwykle długo – wiele czasu poświęciłem na jego napisanie, jeszcze więcej na obejrzenie omawianych w nim filmów. Dlaczego? Bo mowa o gatunku filmów epickich.

Czym się takowe charakteryzują? Dużym budżetem, rozmachem, epicką (nota bene) fabułą, często opartą na wydarzeniach historycznych i ponadprzeciętną długością. Dla mnie to esencja kina. Poniżej zaś przedstawiam wam esencję esencji – wybór ośmiu najciekawszych, najbardziej różnorodnych pozycji z owego gatunku (wraz z pokrewnymi – choć nie zawsze epickimi – tytułami, na wypadek, gdyby ktoś się wciągnął). Zróbcie sobie dużo popcornu.

BEN HUR

Narodziny, życie, śmierć i zmartwychwstanie Jezusa – podstawa jednej z religii, a przy okazji chyba najbardziej znana opowieść na świecie, inspirująca przez wieki tysiące malarzy, poetów, kompozytorów i innych takich. Chyba każdy z nas jest dość dobrze zaznajomiony z tą historią. Czy można opowiedzieć ją w jakiś nietypowy, zaskakujący sposób? „Ben Hur” z 1959 roku pokazuje, że tak. Niemal czterogodzinny seans, wielomilionowy budżet, liczni statyści, kosztowne kostiumy i scenografia, które mimo upływu półwiecza nie odrzucają. A do tego jeszcze historia (na podstawie powieści Lew Wallace’a): losy bogatego żydowskiego kupca Judy Ben Hura, który – skazany przez Rzymian na galerę – przemierza niemal połowę „ówczesnego świata” i którego historia wciąż w zaskakujący sposób wiąże się z postacią Chrystusa. Ot, taki Nowy Testament od innej strony. Według mnie „Ben Hur” to jeden z dwóch najlepszych filmów epickich wszech czasów. Polecam, polecam, polecam.
Jeśli lubisz starożytności: „Spartakus” (ten z 1960), „Quo vadis” (z 1951), „Żywot Briana” (to już parodia, przy czym parodia wspaniała).


WŁADCA PIERŚCIENI

Seria najwspanialszych filmów fantasy wszech czasów. Może ktoś powie, że to zasługa powieści Tolkiena. Oczywiście. Ale spartolonych adaptacji przecież co niemiara, więc udział w tym wszystkim Petera Jacksona też jest chyba niemały. Historia Drużyny Pierścienia osadzona w niezwykle drobiazgowo opracowanym tolkienowskim uniwersum, to doskonały materiał na epicką opowieść filmową, a Jackson wykorzystał go chyba w stu procentach. Jest pompatycznie, z rozmachem, przejmująco i wzruszająco. Kolega wspomniał mi kiedyś, że niemal płacze, gdy oddział Elfów przybywa na pomoc załodze Helmowego Jaru (czy też raczej Rogatego Grodu) i to jedno zdanie dość dobrze streszcza istotę sprawy. A wspomnieć trzeba jeszcze przecież, że całą historię rozplanowano na trzy filmy, każdy po ok. 3 godziny. Uczta dla oczu, uszu i umysłu.
Jeśli lubisz fantastyczne krainy: zapowiedziany na koniec tego roku „Hobbit” (JA-CHCĘ-JUŻ!), trzy (póki co) części „Opowieści z Narnii”, osiem filmów o Harrym Potterze (choć tu z adaptacją poszło już trochę gorzej).


DOBRY, ZŁY I BRZYDKI

Westerny dzielimy (a przynajmniej ja dzielę) na westerny zwykłe, anty-westerny oraz spaghetti westerny. Te pierwsze to tzw. klasyki z Johnem Waynem, Garym Cooperem itd., znane w ten czy inny sposób chyba wszystkim. Anty-westerny z kolei mają pokazać świat Dzikiego Zachodu w sposób mniej cukierkowy i pompatyczny, bez jednoznacznego podziału na tych dobrych i tych z podkręconym, czarnym wąsem (czyt. złych). A spaghetti westerny? Trochę tego, trochę tamtego. Z jednej strony wielki hołd dla gatunku, z drugiej jego parodia, z trzeciej inspiracje pozawesternowe (np. filmami Akiry Kurosawy). No i dwa nazwiska: Sergio Leone, Clint Eastwood. Pierwszy reżyseruje, drugi gra. I to jak! Spaghetti westernów mamy ilości niezliczone, ale to właśnie leonowsko-eastwoodzkie są najlepszymi. I choć warto oglądnąć w zasadzie wszystkie, to „Dobry, zły i brzydki” jest już absolutnym obowiązkiem. Niemal trzy godziny, kupa piachu, gorący wiatr w posklejanych potem i testosteronem włosach, ukryty skarb, szubienice, konie, strzelaniny, niesamowicie  d ł u g i e   u j ę c i a, zbliżenia na twarz Clinta… no i ten końcowy pojedynek trzech tytułowych rewolwerowców! Jedni się zanudzą, inni będą wniebowzięci. Spróbuj – a nuż należysz do tych drugich.
Jeśli lubisz piasek w zębach: „Dawno temu na dzikim zachodzie”, „Za garść dolarów”, „Za kilka dolarów więcej”.


ANDRIEJ RUBLOW

Zdecydowanie najtrudniejszy ze wszystkich filmów w tym zestawieniu. Po pierwsze dlatego, że – tak jak inne epickie – trwa mnóstwo czasu. Po drugiej, mamy do czynienia z dziełem czarno-białym, co w dzisiejszych czasach skutecznie przeszkadza w odbiorze. Po trzecie, jest to film rosyjski (radziecki), a te urodzone na wschodzie skubańcuchy mają w sobie coś takiego, że za wszelką cenę muszą filozofować. No i w efekcie tytułowy bohater – czyli średniowieczny, ruski malarz ikon – zamiast skupić się na rzeczywistym malowaniu, woli rozwodzić się na temat niemalowania. I takie tam. Przyznać jednak trzeba, że „Andriej Rublow” (w reżyserii Andrieja Tarkowskiego) posiada dużo plusów (inaczej by się tu nie znalazł). Pamiętacie jak pisałem o „Siódmej pieczęci” Bergmana nazywając ją fantastyczną syntezą średniowiecza? Tu jest podobnie. Cały film podzielono na krótsze etapy (obrazy), a każdy z nich daje nam wgląd w różne aspekty średniowiecznego życia Rusi. Nie przypuszczałem, że proces odlewania dzwonu może wzbudzać takie emocje – a jednak. Zaznaczę przy okazji, że gdyby ktoś miał problemy z oglądnięciem „Rublowa” do końca, to niech zaciśnie zęby i chwilę poczeka, bo w drugiej połowie filmu dzieje się dużo więcej (najazd Tatarów!). Warto też na pewno zwrócić uwagę na ostateczną scenę – jedyną w kolorze – będącą zbiorem ujęć prawdziwych ikon Rublowa ze wspaniałą muzyką jako tłem. Podsumowując: film nietypowy, najmniej „zjadliwy” pośród tu wymienionych, ale niektórych z pewnością oczaruje.
Jeśli lubisz ruskie monologi o życiu i śmierci: „Wojna i pokój” (która niszczy system trwając około ośmiu godzin – sam jeszcze nie dobrnąłem do końca), inne filmy Andrieja Tarkowskiego (które już epickimi raczej nie są, ale spodobają się na pewno fanom „Rublewa”, tj. „Stalker” i „Solaris”).


OJCIEC CHRZESTNY

W przypadku „Władcy pierścieni” pisałem o całej trylogii. Tu już polecałbym raczej jedynie dwie pierwsze części. Obie trzymają równy poziom. Trzecia natomiast, skupiająca się na ukazaniu mrocznej strony Watykanu, już zdecydowanie od nich odstaje. Nie przemawia tu przeze mnie żaden papizm, czy jakiś tam inny ultramontanizm – „trójka” jest po prostu dość licha. Nie całkiem zła – powiedzmy trzy i pół na pięć. Wróćmy jednak do tego, co wybitne. Sprawą oczywistą jest, iż powieść „Ojciec chrzestny” pióra Mario Puzo to książka ponadprzeciętnie interesująca, a jeśli weźmiemy po uwagę, że ten sam Mario pomógł Francisowi Fordowi Coppoli w przerobieniu powieści na scenariusz, to możemy być pewni, że fabuła filmu poziomu nie zaniży. Świat amerykańskiej mafii, mimo całego swojego okrucieństwa, został przedstawiony w niesamowicie pociągający sposób. Aż chce się przywdziać garnitur i zorganizować krwawą vendettę na jakimś traditore. Piękne zdjęcia, piękna muzyka (autorstwa Nino Roty). Szereg zostających w pamięci na długie lata, symbolicznych scen: głowa konia, pomarańcze, martwe ryby. No i aktorzy: Marlon Brando, Al Pacino, Robert De Niro… Każdy z nich w szczytowej formie. To wszystko sprawia, że „Godfather”, mimo solidnej konkurencji, jest wciąż przez wielu uważany za najdoskonalszy film gangsterski.
Jeśli kino gangsterskie to dla ciebie „propozycja nie do odrzucenia”: „Chłopcy z ferajny”, „Dawno temu w Ameryce”.


SIEDMIU SAMURAJÓW

Przed chwilą rozpisywałem się o „Dobrym, złym i brzydkim”. Skąd czerpał inspirację Sergio Leone? Ano między innymi od skośnookiego kolegi po fachu – Akiry Kurosawy. Zresztą nie tylko on. Podejrzewam, że zdecydowana większość z was słyszała o, wyreżyserowanych przez Johna Sturgesa, „Siedmiu wspaniałych” (a niektórzy nawet ów western oglądali). Jest to kinematograficzna zrzynka z „Siedmiu samurajów” Kurosawy. „Shichinin no Samurai” posiada cechy pozwalające na nazwanie go epickim, jest zrealizowany z dużym rozmachem, przy czym – podobnie jak w wypadku „Andrieja Rublowa” – trzeba wziąć poprawkę na rok jego powstania (1954). Przyznam bez bicia, że „Wspaniałych” ogląda się przyjemniej od „Samurajów”, chociażby ze względu na kolorowe zdjęcia i bardziej znajomy kontekst. Historia jednak, czyli sedno zabawy, pozostaje w zasadzie niezmieniona: ubogich wieśniaków nęka bezustannie bezlitosna banda bandytów, więc z pomocą przychodzą im (nie od razu, lecz po długich zabiegach) samurajowie/kowboje. Brak tu oryginalnego przesłania, czy też niezwykle zaskakujących zwrotów w fabule, ale sama akcja nie pozwala nam się nudzić. Polecam najpierw obejrzeć oryginał, ale jednocześnie powtarzam: rażą cię czarno-białe klatki? Odpuść sobie i sięgnij po wersję amerykańską.
Jeśli polubisz reżyserię Kurosawy: „Ran”, „Straż przyboczna”, „Rashomon”.


FORREST GUMP

„Cudowne dziecko” Roberta Zemeckisa (choć, jak to często bywa, oparte na czyjejś powieści – w tym wypadku autorstwa Winstona Grooma). Historia upośledzonego Toma Hanksa, który – dzięki szczęściu, wytrwałości, dobremu sercu i tego typu sprawom – uczestniczy w najistotniejszych wydarzeniach XX wieku, a przy okazji staje się gwiazdą i bogaczem (odniesienie do słynnego „amerykańskiego snu”). Tak jak „Ben Hur” przedstawia Biblię od drugiej strony, tak też „Forrest Gump” czyni z historią najnowszą (z tym, że skupia się prawie tylko i wyłącznie na Stanach Zjednoczonych). Jest Ku-Klux-Klan, jest Elvis, jest wojna w Wietnamie, są hippisi… Na ścieżkę dźwiękową (do której bardzo często wracam) składają się pieczołowicie dobrane utwory z poszczególnych dekad. Bardzo dobrze gra sam Hanks, nie ustępują mu inni (z Garym Sinise’em na czele). Jeśli ktoś jeszcze „Forresta” nie oglądał, to musi to koniecznie w najbliższym czasie nadrobić. Jest to bowiem film nie tylko wartościowy, ale i najzwyczajniej w świecie przyjemny w odbiorze. No i jeden z naprawdę niewielu, na których szczerze się wzruszam.
Jeśli lubisz patrzeć jak inni dochodzą do sławy, podczas gdy ty marnujesz czas przed kompem: „Ciekawy przypadek Benjamina Buttona”, „Mały wielki człowiek”.


LAWRENCE Z ARABII

Dzieło, które wraz z „Ben Hurem” tworzy parę najwspanialszych filmów epickich, jakie przyszło mi oglądać. Jego fabuła opera się na fragmencie życiorysu (oczywiście odpowiednio ubarwionego) brytyjskiego pułkownika Thomasa E. Lawrence’a, który podczas pierwszej wojny światowej brał udział w walkach na Bliskim Wschodzie. Tak naprawdę jednak „Lawrence z Arabii” to historia o tym, jak Wielka Brytania wykiwała Arabów, wykorzystując ich do walk przeciwko Turkom, a nie dając im nic w zamian. Pod względem rozrywkowym natomiast to niesamowicie wciągający, klasyczny film przygodowy, opowiadający o bohaterstwie, poświęceniu, ideałach, braterstwie. Trudno napisać mi w klarowny sposób, dlaczego to właśnie „Lawrence’a” uważam za film wybitny. Podobnie jak inne filmy epickie, tak też i ten może poszczycić się znakomitym aktorstwem, wspaniałym zdjęciami i motywem muzycznym, który będziecie nucić jeszcze długo po seansie. Jest jednak jeszcze coś nieopisywalnego. Jakaś magia, która sprawia, że dla ludzi wierzących – podobnie jak sam Thomas Edward Lawrence – w ideały, seans z tym filmem będzie seansem niezapomnianym. Szczerze polecam (choć jednocześnie mam świadomość, że nie wszyscy będą równie zauroczeni).
Jeśli lubisz historię nowożytną: „Barry Lyndon”, wspominana już „Wojna i pokój”, a także „Napoléon” z 1927 r. (choć to już film dla hardkorów, bo po pierwsze trwa 4-5 godzin, a po drugie jest niemy) .

P.S. – Ktoś już zwrócił na to uwagę na Fejsbuku, więc na wszelki wypadek wyjaśniam: wiem, że słowa „epicki” powinno się używać w naszym języku tylko w odniesieniu do literatury. Określenia „epic movie” czy „epic film” nie posiadają jednak wersji polskiej i po prostu musiałem zastosować taką kalkę. A już tytuł tego artykułu jest zwyczajnym żartem z internetowego zwyczaju określania wszystkiego przymiotnikiem „epicki”. Dodam też jeszcze może, że nie wykluczam rozwijania listy o kolejne pozycje – stay tuned.

Źródła zdjęć: filmweb.pl, senorcanardo.wordpress.com

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Kinonotatki i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

9 odpowiedzi na „Ale epicka lista!

  1. Tiger pisze:

    Zdecydowanie zabrakło mi tu działu sci-fi i „Gwiezdnych Wojen” ;)

    • patykowy pisze:

      Oczekiwałem tego komentarza, jednak nie tak szybko. :D Przyczyna owego braku jest prozaiczna: żaden ze mnie znawca Star Wars, wciąż nie oglądałem dwóch części. ;) Obiecuję, że nadrobię niebawem.

  2. Junip pisze:

    Bardzo piękne, męskie zestawienie. Męskie bo brak melodramatów, które przecież nie są wcale kiepskie. Ale rozumiem, że prawdziwi faceci nie płaczą, nawet jak się żegnają z Afryką i oglądają miłości Scarlett O’Hary ;) No i Casablanca!, chociaż jeżeli by wziąć pod uwagę długość trwania to epicka zdecydowanie nie jest bo trwa coś ponad półtorej godziny. ,,Ale epicka lista!” jest naprawdę epicka. I może się w końcu zmobilizuje do dokończenia Andrieja Rublowa, skoro 2 część jest bardziej emocjonująca… :)

    • patykowy pisze:

      Jestem dopiero przed seansem z „Przeminęło” – być może ostatecznie trafi na tę listę. :) A „Casablancę” oglądałem i, choć jest filmem świetnym, to do tejże listy po prostu mi nie pasuje. To film dość skromny w wyrazie, choć może nie teatralny (zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę czas jego powstania). A co do „męskości”, to wszystko zależy od punktu widzenia. Dla mnie na przykład „Casablanca” jest bardzo „męskim” filmem. ;) Wielkie dzięki za niezwykle interesujący komentarz.

  3. bree pisze:

    jak najbardziej brakuje tu „Przeminęło z wiatrem” :)

  4. Tiger pisze:

    Lud domaga się nowych artykułów w dziale kinowym!

  5. Bernierdh pisze:

    A mi przy kinie gangsterskim obok Chłopców z ferajny i Dawno temu w Ameryce, brakuje jeszcze Scarface :)

  6. igorimorswin pisze:

    Jeśli chodzi o „epickość” – autorzy słowników, jak to często bywa, nie nadążają za rzeczywistością. Uważam, że w wypadku wymienionych filmów, to słowo jest bardzo odpowiednie.

  7. piotrus pisze:

    fajna lista:) do filmow ktore poleciles pod opisem `siedmiu samurajow` dorzucilbym moj ulubiony w tej tematyce `seppuku` :) polecam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s