Too bad, Jack



Przyznaję się – w ostatnich miesiącach Jack White po raz kolejny przekonał mnie do swoich projektów. Czytając zapowiedzi płyty „Blunderbuss”, słuchając singli, przeglądając promocyjne widea i zdjęcia, liczyłem na bardzo dobrą płytę. „I co teraz, gdy wreszcie pojawiła się na półkach, Patyku?” – ciśnie wam się na usta. Satysfakcja, czy zawód?

Zanim odpowiem, wyjaśnię może, co takiego lubię w Jacku. Otóż najzwyczajniej w świecie sądzę, iż jest twórcą kompletnym. Potrafi nie najgorzej grać na gitarze, trochę także na innych instrumentach, pisze bardzo dobre melodie, czasem również teksty, czerpie z dobrych wzorców, odnajduje się zarówno na scenie, jak i w studiu, a przede wszystkim ma głowę pełną konceptów, które skutkują atrakcyjnym, przemyślanym i składnym produktem końcowym (innymi słowy: nie tylko piecze dobre ciastka, ale też potrafi je ładnie zapakować). Żadnej płyty powstałej przy jego udziale nie określiłbym mianem „genialna” (a niektóre to nawet zwyczajna liga średnia), ale pośród współczesnych muzykantów jest dla mnie z pewnością ciągle płonącą iskierką nadziei.

No i co teraz? Czy „Blunderbuss”, a więc pierwszy album Jacka wydany pod własnym imieniem i nazwiskiem, jest przełomowy, oryginalny, zaskakujący, wyśmienity? Nie, nie, nie, nie. „Ojej, a czemu?” Po pierwsze dlatego, że brak tu wyraźnego pomysłu muzycznie spajającego całość – „Blunderbuss” to taki trochę (choć nie w pełnym tego słowa znaczeniu) „songbook”. Po drugie dlatego, że White, w sposób rzucający się od razu w uszy, kopiuje nie tylko rockowe standardy, ale także samego siebie – takie np. „Sixteen Saltines” kojarzy się wyraźnie z „The Hardest Button to Button”. Po trzecie dlatego, że spośród 13 utworów zbyt wiele jest typowymi średniakami – ulatują one z głowy tuż po przesłuchaniu.


Oryginalnych, nowatorskich piosenek – zero. Wciągających tekstów – jeden, może dwa. Ale już np. dobrych melodii – mniej więcej tyle, ile jest palców u jednej dłoni. A ciekawych aranżacji – niemal cała płyta. Nie jest więc wcale tragicznie, ani nawet kiepskawo. White to mimo wszystko utalentowany kompozytor i chyba po prostu nie potrafi wydać płyty bez chwytliwych riffów. Nie jest to takie zagęszczenie jak na „White Blood Cells”, „Elephant”, „Broken Boy Soldiers”, czy „Consolers of the Lonely”, ale zawsze coś. A co do aranżacji – to zdecydowanie najmocniejsza strona płyty. Sam Jack, a także pomagająca mu hałastra (w tym m.in. Ruby Amanfu, którą widać i słychać na singlu „Love Interruption”, Karen Elson – eks-żona White’a, no i rozbudowana ekipa instrumentalistów) zdecydowanie dają radę.

Są na „Blunderbuss” kawałki, do których będę od czasu do czasu wracał. Mam na myśli „Take Me With You When You Go”, „I’m Shakin'” (jedyny cover na płycie) i „Hip (Eponymous) Poor Boy”, a także (choć w mniejszym stopniu) „Sixteen Saltines”, „Love Interruption” i „Missing Pieces”. Wątpię jednak, bym ponownie słuchał całego albumu (kolejne podejścia służące napisaniu dopracowanej recenzji były dla mnie raczej obowiązkiem, niż przyjemnością). Podsumowując w jednym zdaniu: Jack White wydał płytę, która z jednej strony pozostawia nadzieję na świetlaną przyszłość, ale z drugiej po prostu rozczarowuje. Liczyłem na coś więcej. Szkoda, Jack.

OCENA

pomysł: 3 | teksty: 3,5 | melodie: 4 | aranżacja: 4

Źródło: jakcwhiteiii.com, explow.com

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Długoteksty i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Too bad, Jack

  1. Tommy pisze:

    Witaj Przyjacielu!

    Sprawiłeś mi wielką frajdę tym tekstem, gdyż z wypiekami na twarzy czekałem na Twoją recenzję płyty Jacka. Jak może wiesz, jestem jego wielkim fanem, ale… Właśnie, ale… Zaglądając na mój profil na last.fm zauważyłeś być może pewną zastanawiającą rzecz. Mianowicie, The White Stripes są na trzecim miejscu wśród moich ulubionych artystów, jednak próżno szukać tam jakiegokolwiek śladu The Raconteurs czy The Dead Weather. Podobnie teraz z solowym Jackiem, który jest przecież moim wielkim idolem. Być może wyolbrzymiam, ale dokonania The White Stripes (jaka szkoda, że definitywnie zamknięty rozdział) uważam za nie do przecenienia. Jednak solowy Jack – podobnie jak inne jego nagrania poza The White Stripes – bardzo mnie rozczarował i utwierdził w przekonaniu, że było coś niezwykłego w duecie z Meg (choć przecież sama Meg była jedynie intrygującym dodatkiem). Teraz parę mocnych słów. Jack jest moim zdaniem największym geniuszem we współczesnej muzyce. Zdaję sobie sprawę z dosadności tego określenia, ale kto inny zasługuje na takie miano? Jack to facet, który – oprócz tego, że wychodzi na scenę z gitarą i potrafi prawie z niczego stworzyć magię – w XXI wieku utrzymuje przy życiu takie gatunki jak blues czy folk. Moim zdaniem to największa nadzieja szeroko pojętej rock & rollowej tradycji. Tradycji, którą potrafi genialnie przystosowywać do współczesnych realiów. Przypomina się emblematyczna scena otwierająca dokument ‚Będzie głośno’. Tym trudniej jest mi wytłumaczyć dlaczego nie kupuję Jacka poza The White Stripes. Jest coś ujmującego w stylistyce porzuconej wraz z rozpadem tej kapeli. Może Ty, Przyjacielu, jako wielki znawca muzyki, podejmiesz się odpowiedzi na to pytanie :)

    Pozdrawiam!

    • patykowy pisze:

      Jestem w stanie powiedzieć tylko tyle, że uboga w melodie stylistyka The Dead Weather również zupełnie do mnie nie trafia. Natomiast jeśli chodzi o The Racounters – w moim mniemaniu „Broken Boy Soldiers” jest jednym z najlepszych (na równi z „White Blood Cells” i „Elephant”) albumów współtworzonych przez Jacka, a „Consolers of the Lonely” niewiele mu ustępuje (choć do tej płyty przekonałem się dopiero po którymś kolejnym przesłuchaniu). The Raconteurs są mniej surowi od dokonań The White Stripes i być może właśnie to ich od ciebie, jako miłośnika bluesa, oddala. Obie płyty chłopaków są już nagraniami (niemal przesadnie) dopieszczonymi i po prostu różnią się znacznie od tego uroczego klimatu garażowego grania duetu Jack&Meg (oczywiście płyty The White Stripes to także krążki dopracowane, z tym, że skutecznie udają, iż takimi nie są).

      Po raz kolejny dziękuję za konstruktywny i ciekawy komentarz. :)

  2. Waaning pisze:

    zgadzam się. polać dla patyka!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s