Ostatni krzyk Morrisona



Kiedyś, jeszcze w czasach licealnych, pożyczyłem koleżance dyskografię The Doors. Po paru dniach, na lekcji matematyki, oznajmiła mi, że to doskonały przykład zespołu, którego muzyka stawała się z czasem systematycznie coraz gorsza. Biedna, nie zdążyła dosłuchać do „L.A. Woman”.

Rzeczywiście – wydana w 1967 roku płyta „The Doors” była na tyle dobra, że choć późniejsze krążki utrzymywały z pewnością wysoki poziom, to dorównać debiutanckiemu albumowi po prostu Doorsom się nie udawało. W latach 1969-1970 niektórzy zaczynali wieszczyć powolny upadek zespołu. Co do rychłego końca – mieli rację. Wszak 3 lipca 1971 znaleziono Jima Morrisona martwego w paryskiej wannie, a zespół (po wydaniu jeszcze trzech płyt, które jednak tworzą odrębną historię) zakończył swoją działalność. Mylili się jednak owi komentatorzy co do umiejętności muzycznych The Doors. Zespół był bowiem daleki od wypalenia i zdążył to jeszcze udowodnić całemu światu na krótko przed śmiercią swojego wokalisty.

Owym dowodem była właśnie, jak łatwo się domyślić, płyta „L.A. Woman” (1971). Fantastyczna pod każdym względem. Niektórzy z was zdążyli już pewnie zerknąć na dół strony i zobaczyć, jaką oceną wystawiłem temu krążkowi. Zgadza się: pięć na pięć. Skąd taka ocena? Powoli, od początku. Zacznijmy od tego, że Doorsi postawili na powrót do bluesowych korzeni, co zresztą zaczynało być już widoczne na „Morrison Hotel” wydanym rok wcześniej. Cały zespół wspaniale odnalazł się w takiej stylistyce. Jim – który w poprzedzającym nagrania okresie przerzucił się (przynajmniej częściowo) z narkotyków na alkohol, przytył i zapuścił obfitą brodę – nie tylko wygląda jak rasowy bluesman na zdjęciach, ale też brzmi tak na nagraniach. Wtórują mu oszczędne bębny Densmore’a, przybrudzone gitarowe riffy Kriegera i oszałamiające mnie za każdym razem solówki Manzarka na klawiszach.

Myli się jednak ten, kto podejrzewa, że Doorsi dali nura w odmęty elektronicznego bluesa i odrzucili wszystko, co do tej pory ich definiowało. Bzdura. Jeśli chodzi o aranżacje – nawiązania się dość ulotne i trudno uchwytne, ale słuchając „The WASP” czy „Hyacinth House” przypomina mi się płyta „The Soft Parade”, natomiast „L’America” (utwór, który miał być użyty w filmie „Zabriskie Point” Antonioniego) i „Riders on the Storm” przesiąknięte są klimatem z pierwszych lat zespołu. Jeszcze łatwiej poznać z kim mamy do czynienia po zajrzeniu w teksty piosenek. Słyszymy między o innymi o zabójcy, którego mózg porusza się niczym ropucha, o wzgórzach Los Angeles tonących w płomieniach, o zabójstwie w zaciemnionym pokoju, o Murzynach kryjących się w lesie… Próbuję to wszystko przełożyć na język polski i widzę jak jestem bezradny. Pewna rzecz jest jednak jasna – pisał to Morrison. Lub, jak kto woli, Mr. Mojo Risin’ (taki niezwykły anagram własnego nazwiska wyśpiewuje on w tytułowym „L.A. Woman”).

Tak czy owak, najważniejsze jeszcze przed nami. Coś, do czego dąży każdy zespół, a co udaje się tak niewielu. Doskonały mariaż muzyki i tekstu. Wyważone połączenie dźwięków i słów. Nie będzie chyba dla was zaskoczeniem, kiedy oznajmię, że Doorsom udało się to w stu procentach. Płytę „L.A. Woman” pożeramy w całości. Koniec zdaje pojawiać się szybko, a przecież wszystkie utwory trwają w sumie niemal 50 minut, więc wcale nie tak krótko. Najwyraźniej zwoje mózgowe podpowiadają nam, że to jeden z tych albumów, które w życiu musimy usłyszeć wielokrotnie. I zapewniam was: za każdym razem będzie tak samo świetnie. Gdybym miał wybierać pomiędzy „L.A. Woman”, a debiutancką „The Doors”… Mimo całego swojego uwielbienia dla szeregowania płyt, tworzenia list, podsumowań – nie potrafiłbym owego wyboru dokonać. Może dlatego, że to płyty dość różne. Pewne jest natomiast jedno – Morrison i jego (często niedoceniani) koledzy zdążyli przed ostatecznym końcem udowodnić, że byli jednym z  n a j l e p s z y c h  zespołów rockowych, jakie nosiła ta ziemia.

OCENA

pomysł: 4 | teksty: 5 | melodie: 5 | aranżacja: 5

P.S. – Przed kilkunastoma dniami na półki trafiła zremasterowana wersja „L.A. Woman”. Wszystko z okazji czterdziestej rocznicy jej pierwotnego wydania. Oprócz dziesięciu oryginalnych piosenek dostajemy drugą płytę z interesującymi siedmioma „wersjami alternatywnymi” (czyli tak naprawdę outtake’ami, odrzutami z sesji nagraniowych) oraz dwiema niewykorzystanymi piosenkami (coś pokroju bluesowych jam sessions). Jeśli ktoś jeszcze płyty nie posiada, teraz ma wyjątkowo dobrą okazję by naprawić swój błąd.

Źródła zdjęć: laweekly.com, etherial-grounds.blogspot.com, msopr.com

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Długoteksty i oznaczony tagami , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „Ostatni krzyk Morrisona

  1. Tommy pisze:

    Cześć!

    Dawno tu nie zaglądałem. Widzę, że jest bardzo dobrze. Chwała Tobie za prowadzenie tego bloga. A propos Doorsów, nie czuję się na siłach polemizować z takim znawcą muzyki jakim jesteś (i to nie jest żaden sarkazm), ale pozwolę sobie napisać dosłownie parę słów komentarza. Na wstępie muszę przede wszystkim zaznaczyć, że – nie obraź się, Przyjacielu – nie jestem fanem tej kapeli. Uważam, że brytyjskie kapele zdecydowanie zdominowały muzykę rozrywkową i dlatego Doorsów – owszem – szanuję, ale umieszczam w najlepszym razie około dziesiątego miejsca w rankingu wszech czasów. Nie jest to ranking moich ulubionych kapel, ale kapel które – moim skromnym zdaniem – można określić mianem najważniejszych. Teraz o tym w czym się zgadzamy. Podzielam Twoją trafną diagnozę, że najlepsi Doorsi Morrisona to ci początku i z końca swojej kariery. Moim zdaniem dwa ostatnie, blues-rockowe albumy są ich szczytowym osiągnięciem. Do ‚Waiting for The Sun’ oraz ‚The Soft Parade’ nigdy nie potrafiłem się przekonać. Co innego ‚Morrison Hotel’ czy ‚L.A. Woman’ właśnie, choć jako bluesowy purysta nie rozumiem dlaczego mojemu Przyjacielowi stereotypowy wizerunek bluesmana kojarzy się z tuszą oraz obfitym zarostem :) Pozdrawiam Ciebie serdecznie. Jesteś znakomitym dziennikarzem muzycznym, a jak z samym muzykowaniem?

    • patykowy pisze:

      Wielkie dzięki za komentarze, Tomku. :) Brakuje mi tu bardzo takich konstruktywnych wypowiedzi. No to może po kolei…

      1) Musiałbym spędzić wiele godzin, aby stworzyć jakąś listę najlepszych wykonawców XX wieku, ale co do Doorsów muszę się z tobą wstępnie zgodzić – początek drugiej dziesiątki. :) Także uważam, że gdzieś od początku lat 60. to Brytole zaczęli przejmować prymat. Bo jeśli chodzi o pierwszą połowę wieku, to chyba przyznasz mi – zwłaszcza jako wielki fan bluesa – że dominowały Stany.

      2) Wizerunek grubego i zarośniętego bluesmana to żart. To trochę tak jak z przekonaniem, że aby grać bluesa trzeba być czarnym, biednym i pijanym. ;) Staram się nie umieszczać w artykułach emotikon, ale w takich wypadkach jak ten widzę, że czasem by się to przydało, bo niejednokrotnie niezwykle trudno mi przekazać ironię, czy dowcip samymi słowami – muszę popracować nad warsztatem. :D

      3) Jeśli chodzi o muzykowanie, to gram na gitarze; od jakiegoś czasu szczególnie intensywnie na basowej. Sprawiłem sobie niedrogiego, a bardzo miłego w użyciu (zwłaszcza dla ludzi z nie najdłuższymi rękami – jak ja :D) mccartneyowskiego Hoefnera, którego widać na zdjęciu u góry. Mam też zwyczajną akustyczną Yamahę (której symbolu w tym momencie nie pomnę) i czarnego Les Paula Custom (oczywiście nie od Gibsona, ale Epiphone’a, bo niestety nie urodziłem się w rodzinie magnatów finansowych :P). Odkładam pieniądze na jakiś efekt, najpewniej fuzza. W żadnym wypadku nie jestem wirtuozem, ale ćwiczę i chyba z czasem jest coraz lepiej. Wciąż nie potrafię w stu procentach docisnąć niektórych barowych, ale najważniejsze, że gra sprawia mi dużą przyjemność. ;)

      • Tommy pisze:

        Cieszę się bardzo, że muzykujesz. W przeciwieństwie do tego co mówił Nalepa, moim zdaniem technika nie jest tak ważna jak uczucie, które wkładasz w granie i radość, którą z niego czerpiesz. Winszuję nabycia Hoefnera. Z kolei ja od dawna już przymierzam się do zakupu Casino, ale ciągle są jakieś ważniejsze wydatki. Może w tym roku się uda. Jeżeli zaś chodzi o pierwszy punkt naszej sympatycznej wymiany spostrzeżeń, zawsze uważałem, że o ile na Wyspach mieli najlepsze kapele, to Stany wyspecjalizowały się w wybitnych jednostkach, które realizowały się głównie jako artyści solowi. Pozdrawiam!

  2. Ala pisze:

    The Doors to zespół dla mnie niezwykle ważny, to oni królują nieustannie w głośnikach, poruszając najczulsze struny wrażliwości dźwiękami, słowami, atmosferą nieprzewidywalności i tą właśnie rozsiewaną wokół siebie magiczną aurą. (Wiem, wiem, że moje zachwyty brzmią wyjątkowo mało konstruktywnie i argumentów potwierdzających ich wyjątkowość (choć jest ich całe mnóstwo) nie podaję wcale, ale muzyka to dla mnie przede wszystkim emocje wyciskające łzy zachwytu i wzbudzające dreszcze, więc ciężko o jakiekolwiek zdystansowane opinie z mojej strony. Tym bardziej podziwiam to w jaki sposób piszesz o muzyce, jednocześnie profesjonalny i chłodny, z drugiej strony- przekazujący mnóstwo własnych odczuć. Zazdroszczę!0 koniec dygresji.)
    Wracając do tematu, Doorsi z każdym nowym krążkiem ukazują się mi w nowej, równie interesującej odsłonie. „The Doors” mimo że niezwykłe chwytliwa (nie wiem, czy wypada użyć tego słowa względem muzyki tych czterech panów) nie znajduje się nawet w moim top3 Drzwi. Za kwintesencję brzmienia cudnej czwórki uważam Strange Days, które przywodzi na myśl tę całą tajemniczość, którą emanuje płyta od pierwszego, do ostatniego dźwięku. Waiting for the sun hipnotyzuje, pochłania w całości i nie pozwala odejść; Morrison Hotel pociąga tymi bluesowymi smaczkami, The Soft Parade czaruje, czaruje, czaruje i wcale nie uważam go za najgorszy krążek grupy (w sumie nie potrafiłabym takiego wskazać, z wiadomych przyczyn), a L.A.Woman? Cóż, ten album cenię jednak najbardziej jeśli chodzi o muzykę, czystą muzykę, dźwięki, zero (o ile to możliwe) własnych, subiektywnych, zmotywowanych szaleńczym uwielbieniem do Doorsów pobudek. Mam również pytanie, jako że mało miejsca poświęciłeś nowo wydanej, urozmaiconej L.A. Woman, ciekawa jestem, czy jakiś kawałek w nowej aranżacji szczególnie wpadł Ci w ucho?
    Rozpisałam się w sumie nie na temat, ale bardzo się cieszę, że tu trafiłam! Mało takich miejsc, gdzie można porozmawiać o muzyce, o filmie, o książce. Będę zaglądać częściej i mam nadzieję, że nie zanudziłam! :)

    • patykowy pisze:

      Kawałków na drugim krążku nie nazwałbym „utworami w nowych aranżacjach” – to po prostu wcześniejsze podejścia do utworów, które znamy z płyty. Różnice są niewielkie i w zasadzie wszystkie wynikają po prostu z niedopracowania aranżacji lub braku odpowiedniej ingerencji reżyserów dźwięku – ubogie solówki gitarowe na „L.A. Woman” czy mówiony wokal Morrisona na „The WASP”. Ciekawa jest natomiast, typowa dla takich outtake’ów, możliwość zajrzenia do studia – tutaj wymienić trzeba oczywiście „She Smells So Nice” i „Rock Me”, ale także ciągłe komentarze Jima, piosenkę o podróży do Albuquerque (z jakiegoś programu telewizyjnego) na początku podejścia do „Riders on the Storm”, czy instrumentalny hałas na końcu „The WASP”.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s