O tym jak zepsuto McCartneya



Publikacji o Beatlesach ci u nas dostatek, ale jak macie coś nowego, to dawajcie. Pod warunkiem, że dobre. A czy biografia „Paul McCartney – życie” jest dobra? No właśnie: nie do końca wiadomo.

Zacznijmy od tego, że oryginalną, angielskojęzyczną wersję książki („Paul McCartney. A life”) napisał pan Peter Ames Carlin. Poszło mu naprawdę nieźle. Co prawda do interpretacji piosenek podchodzi zbyt autorytatywnie i jednotorowo, ale to przywara większości biografii muzycznych i chyba trudno do końca tę zarazę wyplenić. Można też ubolewać nad „przyspieszającą końcówką” – im późniejsze lata omawia autor, tym mniej stron im poświęca, a na finiszu jest już hiperpobieżnie. Poza tym jednak nie ma za bardzo na co narzekać. Może i żaden ze mnie omnibus, ale coś tam o Beatlesach wiem, natomiast autorowi udało się niektórymi informacjami mnie zaskoczyć. Owe fakty poparto cytatami; dość często są to uzupełniające się, kontrastujące ze sobą zdania różnych osób. Został też pan Carlin najwyraźniej obdarzony tak zwanym lekkim piórem. Kolejne kartki przewracamy szybko, przy rozpadzie Beatlesów jest nam smutno, a przy wspólnym jamie McCartneya i Lennona z 1974 roku się uśmiechamy. Książkę po prostu dobrze się czyta.

A mogłoby się ją czytać bardzo dobrze. Niestety, wydawnictwo – oględnie mówiąc – nie popisało się. Tłumaczenie powierzono popularnemu dziennikarzowi muzycznemu, Piotrowi Metzowi. Człowiek to wśród fanów Beatlesów znany i – przez niektórych mniej, przez innych bardziej – poważany. Tworząc audycje radiowe dość często tłumaczył z języka angielskiego różne wywiady i szło mu to… jako tako. Przy omawianej biografii McCartneya poszło już po prostu źle. Przymknąć oczy można na sporadyczny galimatias stylistyczny oraz co najmniej dziwne próby tłumaczenia konkretnych słów (czasem lepiej przełożyć coś „po ludzku”, niż silić się na dziwadła w rodzaju przymiotnika „sziterski”). Nie można już natomiast pobłażliwie traktować błędów merytorycznych, a takich jest zdecydowanie za dużo. Sformułowanie o gitarowym „akordzie z siedmiu nut w B-dominancie” być może razi tylko nielicznych (choć wydaje mi się, że nawet w oczach laika wygląda dość dziwnie – siedem nut na sześciostrunowym instrumencie to sprawa dość podejrzana), ale mamy też pomyłki zdecydowanie istotniejsze, jak np. nazywanie ludzi grających na dudach kobziarzami (porównajcie sobie jeden i drugi instrument), czy tłumaczenie angielskiego „chorus” (refren) jako „chórki”

Do błędów stylistycznych i merytorycznych dochodzą zwyczajne byki ortograficzne, chociażby (powtórzone kilkukrotnie!) „na ościerz”, a także literówki (np. zaburzające całość tekstu niezamknięte nawiasy). Tam gdzie powinęła się noga Piotrowi Metzowi powinna zainterweniować pani od korekty oraz pani od „współpracy tłumaczeniowej” – najwyraźniej jednak nie miały czasu lub też zbytnio zaufały panu redaktorowi. Wydaje się zresztą, że i sam Piotr Metz uległ podobnemu uczuciu. Ową nadmierną pewność siebie widać przy okazji wspomnianych błędów merytorycznych (dotyczą bowiem dość podstawowej wiedzy, której sprawdzenie zajęłoby ledwie kilka minut), a także w niepotrzebnie (i nieudanie) ironicznym końcowym „słowie od tłumacza” (które to zresztą z informacjami na temat procesu tłumaczenia nie ma nic wspólnego).

Do podsumowania owej małej recenzji zabieram się z pewnym ociąganiem. Czuję się bowiem jak człowiek po paru godzinach na Madejowym łożu – rozciągnięty, rozdarty pomiędzy dwoma sprzecznymi odczuciami. Z jednej strony należy zganić wydawnictwo Axis Mundi i modlić się, aby pan redaktor Metz nie zgadzał się więcej na podobne przedsięwzięcia (choć rzekomo uczymy się na własnych błędach, więc może następnym razem pójdzie mu lepiej – kto wie?). Z drugiej jednak strony po prostu muszę zachęcić do kupna książki. I to wcale nie dlatego, że tak kończyć recenzje kazała mi nauczycielka polskiego w gimnazjum. Po prostu niedbałość wydawnictwa i błędy tłumacza nie zaszkodziły biografii na tyle by jej czytanie stawało się katorgą. Oczywiście jeśli ktoś zna w wystarczającym stopniu język angielski, niech lepiej sięga po oryginał. Jeśli jednak woli czytać po polsku – niech wrzuci trzeci i czwarty akapit owej recenzji na mniej ważną półkę w swoim umyśle i ruszy zdobyć książkę (choć niekoniecznie w tym momencie i niekoniecznie z wywieszonym językiem).

Źródła: axismundi.pl, idolo.pl, last.fm

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Długoteksty i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „O tym jak zepsuto McCartneya

  1. kasperlinge pisze:

    dawno nie czytałem tak dobrej blogowej recenzji; za wychwycenie błędów merytorycznych ogromy plus. noszę się z zamiarem kupna.
    pozdrawiam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s