Depp zakrapiany rumem



Oglądałeś/aś „Fear and Loathing in Las Vegas” („Las Vegas Parano”)? Zainteresował cię trailer „Dziennika zakrapianego rumem”? Wybierasz się do kina? Siądź na tyłku i najpierw przeczytaj tę recenzję.

Zapowiedzi i trailery sugerowały, że „The Rum Diary” to niejako sequel „Las Vegas”. W końcu oba filmy bazują na powieściach Hunter S. Thompsona, oba łączy też osoba Johnny’ego Deppa grającego główne role. W rzeczywistości jednak to produkcje zupełnie inne. Jak więc jest z tym „Dziennikiem”? Po pierwsze: narkotycznych wizji i odlotów niemal brak. W ciągu dwóch godzin seansu są to, zaokrąglając w górę, ze cztery minuty. Bohaterowie niby ciągle grzeją rum, ale efektów tego za bardzo nie widać. Nie jest też „Dziennik” tak komediowy jak swój poprzednik (a i ten przecież nie aspirował usilnie do konkurowania ze „Światem według Kiepskich”). Co prawda wspomniane trailery sugerują, że po każdym seansie obsługa kina ma dużo do sprzątania, bo cała sala nieprzerwanie pluje popcornem i sika ze śmiechu; ja jednak, po obejrzeniu całości, mogę wam wprost powiedzieć, że choć zabawne sceny – a i owszem – zdarzają się, to całości bliżej do dramatu, niźli do komedii. Krótko i bez spoilerowania: dziennikarz, lata 50., Puerto Rico, machlojki wielkich szych w białych garniturach, słońce, czerwone samochody i czarująca kobieta, a z drugiej strony kurz, brud, rum i bieda.

Widać wyraźnie, że reżyser, tj. Bruce Robinson, nie chciał żerować na sukcesie „Fear and Loathing” Terry’ego Gilliama. Mamy też dowód na to, że Hunter Stockton Thompson był pisarzem dalekim od wtórności. I jeszcze jedno – Johnny Depp gra inaczej. Inaczej niż w „Las Vegas”, ale też po prostu inaczej niż w połowie swoich filmów (bo, jak już niektórym wiadomo, oglądając dużą część z nich przeżywam déjà vu). A dodać do tego należy pozostałych aktorów, którzy odwalili przynajmniej tak samo dobrą robotę (mam tu na myśli głównie Giovanniego Ribisiego oraz Michaela Rispoliego). Generalnie radość. Postawmy sprawę jasno: fabuła „Dziennika” jest zauważalnie gorsza od tej z „Las Vegas”, ale na szczęście – powtórzę to raz jeszcze – nie stara się jej kopiować (wtedy byłoby już całkiem źle). Nie wiem co na to wszystko wy i wasze rodziny, ale ja tam wyszedłem z kina zadowolony.

A taki już w pełni zasłużony plus należy się twórcom „Dziennika zakrapianego rumem” za sferę audiowizualną. Zdjęcia są przynajmniej dobre, ale już kostiumy, a zwłaszcza scenografia – wspaniałe. Gdybym chciał być modny i wyzwolony, to napisałbym, że moje gałki oczki przeżyły orgazm. Ale nie jestem, bo mnie urodzono w małym mieście, więc powiem tylko, że po prostu niesamowicie przyjemnie się na to wszystko patrzy. 120 minut prawdziwej uczty. A co z muzyką? Co najmniej tak samo dobrze! Użyto kilku gotowych kawałków (pojawia się np. Dean Martin), ale lwią część soundtracku stworzył specjalnie zaangażowany do tego Christopher Young. I poszło mu brawurowo. Jak to to brzmi? Ot, mieszanka bluesa, jazzu, muzyki big bandowej i latynoskiej. Posłuchajcie sobie próbek na Amazon. I jeszcze jedno – scena w klubie, gdzie użyto „Let’s Get Funky” Hound Doga Taylora. Zdecydowanie najlepszy muzyczny moment w oglądanych przeze mnie ostatnio filmach. Jeśli ktoś lubi zakurzonego, elektrycznego bluesa… Klik!

Jaki zatem werdykt, wysoki sądzie? „Dziennik zakrapiany rumem” to dobry, porządnie wykonany film. Pokazuje twórczość Thomspona w nowy, ciekawy sposób i choć fabuła nie jest szaleńczo porywająca, to ów brak nadrabiają, przynajmniej w części, zdjęcia i muzyka. Trzy i pół na pięć – Oskara bym nie dał, ale obejrzeć warto.

OCENA

Pomysł: 3 | Historia: 3 | Aktorzy: 4 | Zdjęcia: 4,5 | Dźwięk: 4,5

Źródło zdjęć: filmweb.pl

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Kinonotatki i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „Depp zakrapiany rumem

  1. Ala pisze:

    A czytałeś tę powieść Thompsona?

  2. Ala pisze:

    Chodziło mi o Dzienniki rumowe i to, jak film ma się do książki :) Natomiast jestem równie ciekawa wrażeń z „Lęku i odrazy”.

    • patykowy pisze:

      Choć „Fear” w reżyserii Gilliama jest filmem co najmniej bardzo dobrym, to jednak – jak to zwykle bywa – książka jest jeszcze lepsza. ;) W 2008 r. pojawiło się polskie, całkiem zgrabne wydanie (pod sensownym tytułem „Lęk i odraza w Las Vegas”). Warto przeczytać.

      • Ala pisze:

        „Lęk i odrazę w Las Vegas” czytałam i dlatego też pytam o wrażenia.

      • patykowy pisze:

        Książkę przeczytałem „na raz” – po pierwsze nie jest specjalnie obszerna (;D), ale przede wszystkim dlatego, że została barwnie napisana. Thompson w ciekawy sposób przedstawił zmierzch epoki „dzieci-kwiatów”. Obraz dość ponury, ale z pewnością wciągający. ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s