Jaśniejsza strona Księżyca



Usiądź wygodnie, przysuń krzesło do biurka, umość pod sobą poszycie fotela, popraw poduszkę czy co tam masz i zastanów się wraz ze mną: jaka jest najbardziej znana płyta Pink Floyd? Podstępnie zasugerowałem ci odpowiedź tytułem artykułu. „The Dark Side of the Moon” jak w mordę strzelił, czyż nie? Płyta nieprzeciętna, ciekawa, wartego wielokrotnego przesłuchania i tak dalej, i tak dalej, i dalej, i dalej… Wszystko to prawda. Ale mi o „Dark Side” dziś pisać się nie chce. Bo mam coś lepsz… Mam coś tak samo dobrego. I mniej znanego (a offowość jest modna, czyż nie?).

Od 1968 roku dwie najważniejsze dla Pink Floyd persony to Roger Waters i David Gilmour. Ale wcześniej był sobie jeszcze taki pan. Pan, który po ojcu otrzymał nazwisko Barrett, a sam obmyślił sobie imię Syd. Kim dokładnie był ów człowiek? Syd był geniuszem. Cholernym muzycznym geniuszem. Niestety wpisał się w epokę ostro trzaskając LSD i parę innych psychodelików, co skończyło się jego odejściem z Pink Floyd – zespołu, którego był współzałożycielem. Nie udławił się własnymi wymiocinami, nie utonął w basenie – po prostu odszedł z zespołu i żył sobie, mniej lub bardziej spokojnie, aż do 2006 roku.

W Pink Floyd spędził Barret ok. 3 lata i zdążył wraz z resztą chłopaków między innymi nagrać album „The Piper at the Gates of Dawn”. „Między innymi”? Raczej „przede wszystkim”! „The Piper”, to dzieło  a b s o l u t n i e   f a n t a s t y c z n e, w moim mniemaniu co najmniej tak dobre, jak wspomniana na początku „Ciemna strona Księżyca”. A przy tym zupełnie inne. Przesiąknięte tym, co wylało się z zaczarowanego miejsca, jakim był mózg Syda Barretta. Napisał on niemal wszystkie teksty (poza „Take My Stethoscope and Walk” Rogera Watersa) i mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że są one jednymi z najwspanialszych, jakie dane było mi słyszeć w moim, nie tak znowu krótkim, życiu.

Znacząca część „The Piper at the Gates of Dawn” to coś pokroju zbioru baśni, opowiadań dla dzieci, a równocześnie wrażeń człowieka, który ich wysłuchuje. W „Matilda Mother” słyszymy przepełnione kolorami, odgłosami i zapachami urywki historii o królu, szkarłatnym orle, czy przemierzaniu strumienia w drewnianych chodakach, które zwieńczone są słowami „Oh mother, tell me more” („Matko, opowiedz mi więcej”). Mamy na płycie także krótką historię gnoma zwanego Grimble Gromble („The Gnome”), czy stojącego pośrodku pola jęczmienia stracha na wróble („Scarecrow”). Barrett wraca do niezwykłej krainy dzieciństwa, a my czynimy to razem z nim. Nie jest jednak zupełnie bajkowo, bo wszystko przepełnia niezbyt komfortowa myśl: te lata minęły i powrócić do nich możemy tylko myślami. A na baśniowości się nie kończy, bo inspiracje Barretta sięgają też chociażby starożytnych tekstów chińskich („Chapter 24”), czy podróży kosmicznych („Astronomy Domine”).

Zaraz za czarującymi tekstami podążają różnorodne, fantastycznie zaaranżowane dźwięki. To już zasługa całego zespołu. Napisałem „różnorodne”? I dobrze, kurde, napisałem! Po pierwsze: długie, rozbudowane, pełne niestandardowych instrumentów, prog-rockowe kompozycje; tak ważne dla późniejszej twórczości Floydów. Przykłady? „Astronomy Domine”, „Pow R. Toc H.”, druga część „Bike”. Po drugie: mocne, rockowe riffy. W tej kategorii błyszczą przede wszystkim „Interstellar Overdrive” oraz kojarzący się z kreskówkami o Batmanie, albo filmami o Bondzie (choć opowiadający o pewnym kocie) „Lucifer Sam”. Po trzecie: czarodziejskie melodie idealnie współgrające ze wspominanymi bajkowymi tekstami. „Matilda Mother”, „Flaming”, „Scarecrow”. Czarodziejskie, ale nie zawsze słodkie. Ostrzegam.

O „The Piper at the Gates of Dawn” pisać można na różne sposoby. Można skupić się na tekstach, a nawet jedynie przeanalizować ich pochodzenie, można pochylić się bardziej nad muzyką, albo też opowiedzieć o pracy w studiu, można sięgnąć do kontekstów biograficznych… Ja spróbowałem pokazać ci ową niesamowitą płytę pokrótce z każdej strony. Czy mi się udało? To zupełnie nieważne. Tak naprawdę bowiem poznać dobrze tę płytę i zauroczyć się w niej można jedynie  s ł u c h a j ą c   u t w o r ó w. Zacznij od fragmentów umieszczonych w tym artykule. Jeśli ci się spodobają – a mam taką szczerą nadzieję – sięgaj dalej, głębiej. Aż wreszcie będziesz odtwarzał cały krążek raz po raz, bez śladu znudzenia. Wypełniaj swoją głowę słowami i dźwiękami. Niech Syd się uśmiechnie.

OCENA:

pomysł: 4,5 | teksty: 5 | melodie: 5 | aranżacja: 4,5

Źródło zdjęć: sorryigotdrunk.com, Andrew Whittuck, methogm.blogspot.com

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Długoteksty i oznaczony tagami , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Jaśniejsza strona Księżyca

  1. Kinga pisze:

    Uwielbiam!

  2. jagodowyhamak pisze:

    też sądzę, że to najlepsza płyta pink floyd, a syd barret był ich skarbem, którego się niestety pozbyli, bo poza dark side of the moon, wg mnie nie doszli już do takiego poziomu. the wall już np. niczym mnie nie zachwyca.

  3. tomilol pisze:

    marzę aby zdobyć to na winylu..

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s