Filmy z wakacji #2



Od wakacji, to już trochę minęło, ale nie najgorszych (uwaga – fałszywa, a nawet fałszująca skromność) recenzji filmowych nigdy za wiele, prawda? Poza tym w przedostatnim artykule obiecałem, że będą. No i są. Przed wami krótki (a tak naprawdę dużo dłuższy, niż zamierzany) opis czterech filmów. Jak tak teraz na to patrzę, to zebrała się niezła mieszanka – zarówno pod względem gatunkowym, jak i jakościowym. Czytajcie i kiwajcie głowami (przytakująco, a nie z politowaniem).

Incepcja
Zaczynamy od największego hitu Anno Domini MMX, czyli „Incepcji” w reżyserii Christophera Nolana. Tak mi się myśli, że zdecydowana większość z was zna już – w całości lub przynajmniej pobieżnie – fabułę filmu, dlatego też poświęcę jej tu tylko jedno zdanie. Otóż Dom Cobb (jak DiCaprio mógł się zgodzić na zagranie kogoś o tak durnie brzmiącym nazwisku?) wraz z grupą kompanionów zajmuje się radosnym wykradaniem ważnych informacji ze snów śpiących Ważnych Ludzi, aż wreszcie pojawia się przed nimi zadanie nietypowe – mają umieścić w umyśle takiego jednego Ważnego Człowieka myśl, której tam wcześniej nie było, co nazywa się właśnie „incepcją” i jest zadaniem o-mamo-jakże-bardzo-trudnym, ale jednocześnie jedyną możliwością, aby Cobb mógł odzyskać kontakt ze swoimi dawno nie widzianymi dziećmi… (pauza na oddech) Jeśli dla kogoś brzmi to wszystko żałośnie, to chyba dlatego, że rzeczywiście udało mi się upchnąć cały zarys fabuły w jednym zdaniu. Przyznać bowiem muszę, że zarówno pierwotny pomysł, jak i późniejsze wykorzystanie go w toku filmu, zasługują według mnie na najwyższe oceny. A scenariusz napisał w całości sam pan reżyser (Nolan) – brawo. Z budżetem rzędu stu kilkudziesięciu milionów dolców można też być chyba pewnym o efekty specjalne. I rzeczywiście – wymiatają. Mnie osobiście najbardziej podobała się „agrawitacyjna” sekwencja z Gordonem-Levittem fikającym koziołki w hotelu (kojarzące się trochę ze słynnym tańcem Astaire’a). Generalnie rzecz biorąc oprawa audiowizualna filmu jest co najmniej dobra – może poza „epizodem śnieżnym”, który nieco zaniża poziom całości. Jest po prostu… typowy, wręcz sztampowy. Jeśli chodzi o grę aktorów, to wszystko kręci się wokół Di Caprio. I bardzo dobrze, bo o ile nigdy nie byłem jego wielkim fanem, to muszę przyznać, że ostatnio zdecydowanie pokazuje klasę. Cóż więcej rzec? Jeśli ktoś jeszcze „Incepcji” nie widział – powinien jak najszybciej swoje braki nadrobić. Film nie jest może genialny, ale „cztery i pół na pięć” wystawiam mu z pełnym przekonaniem.

OCENA (INCEPCJA):

Pomysł 5 | Historia 4,5 | Aktorzy 4 | Zdjęcia 4,5 | Dźwięk 4,5


Odmienne stany świadomości

Spróbujcie pomyśleć kilka sekund nad najgłupszymi scenariuszami jakie znacie. Już? Zapewniam, że „Altered States” ostro namiesza wam w rankingu. Na początku jest dość niepozornie: amerykański doktur Eddie Jessup badając odmęty ludzkiej świadomości zamyka się w kapsule odcinającej go od zewnętrznego świata, a po pewnym czasie, żeby dodatkowo spotęgować doznania, postanawia zaaplikować sobie niezwykle silny narkotyk, który otrzymuje od ćpających go od dawna Indian. Do tej pory mamy d o ś ć typową historię mocno nasączoną hipisowsko-narkotycznymi ideami. To co dzieje się potem jest już jednak absolutną groteską, oczywiście niezamierzoną. Nie chcę wdawać się w zbyt liczne szczegóły, żeby przypadkiem nie zepsuć nikomu „zabawy”. Wspomnę może o tym, że w drugiej połowie filmu Dr Jessup między innymi zmienia się magicznie w jakiegoś owłosionego, ryczącego australopiteka, wybiega z kapsuły, zagryza antylopę w zoo i tak dalej. Gdyby jednak małpiszono-ludzie byli dla was zbyt małą dawką „rozrywki”, to śpieszę z informacją, że dostaniecie też pseudo-obrazoburcze wizje ukrzyżowanego siedmiookiego barana, liczne efekty specjalne marnej jakości, a także wątek miłosny niszczący wszystko to, co widzieliście w „M jak miłość”. Boooring. Generalnie rzecz biorąc film mogą oglądać tylko studenci piszący pracę magisterską o ideologiach przemijających lat 70-tych (film wydano w 1980) oraz ci, których bawią takie kiczowate dzieła.

OCENA (ODMIENNE STANY):

Pomysł 1,5 | Historia 1 | Aktorzy 2,5 | Zdjęcia 2,5 | Dźwięk 3


Iwan Groźny

„Iwan Groźny” z 1944 roku oraz jego kontynuacja „Iwan Groźny: Spisek Bojarów” (wydana z dużym opóźnieniem, bo w 1958) opowiadają o jednym z najbardziej znanych i chyba też najzdolniejszych władców w historii Rosji. Pokazują głównie walki o władzę, które zachodziły w XVI-wiecznym Państwie Moskiewskim i trzeba stwierdzić, że wygląda to wszystko dość… teatralnie. Scenografia jest często bardzo uboga, kamera skupia się na samych bohaterach, ujęcia są długie, umyślnie przeciągane. Jestem fanem wybuchowego, pełnego efektów sepcjalnych i akcji tzw. kina holiłudzkiego, ale muszę stwierdzić, że sposób przedstawienia wydarzeń w „Iwanie Groźnym”, a przede wszystkim gra aktorów, wyjątkowo mi spodobały. Tutaj bohaterowie nie muszą mówić o swoich emocjach („Rysiu! Czuję się nie najlepiej…”), bo wszelkie ich odczucia po prostu doskonale widać na ekranie. Jednak i fani kinowego przepychu – pod warunkiem, że wezmą poprawkę na datę powstania obu filmów – znajdą tu coś dla siebie. W „Spisku bojarów” bowiem ma miejsce  całkiem niemała uczta, która na dodatek nakręcona została… w kolorze (srogo, co nie?). Co prawda użyto tylko odcieni czerwieni oraz błękitu, ale i tak była to w ówczesnym kinie europejskim dość duża innowacja. Czas już na przejście do ostatecznego stwierdzenia: „Iwan Groźny” oraz jego kontynuacja to filmy więcej niż dobre, pozwalające mi z czystym sumieniem nazwać Siergieja Eisensteina twórcą wybitnym (tak przy okazji: zauważyłem w niektórych, nie tylko filmowych, recenzjach dość bzdurną tendencję, aby najpierw określać twórcę geniuszem, a potem na tej podstawie od razu wysuwać tezę o wspaniałości danego filmu – powinno by raczej na odwrót, czyż nie?). Polecam „Iwana” każdemu, kto ma dość dużo wolnego czasu. Odradzam tym, których nudzą filmy historyczne. Oraz wyprodukowane och-jak-dawno-temu.

OCENA (IWAN):

Pomysł 3,5 | Historia 4,5 | Aktorzy 4,5 | Zdjęcia 4 | Dźwięk 4


Znikający punkt

Mądrzy ludzie zwani krytykami filmowymi wydzielają kategorię tzw. filmów drogi. Całość fabuły i wszelkie wątki poboczne zasadzają się w takich produkcjach po prostu na fakcie, iż postać X jedzie z punktu A do punktu B (albo też bardzo często z punktu A do nikąd). Najbardziej znanym filmem drogi jest chyba „Easy Rider” – film na pewno niezły (w skali 1-5: stosunkowo mocna czwórka), z bardzo dobrymi momentami jeśli chodzi o muzykę, niosący pewne przesłanie, ale momentami zdecydowanie chaotyczny, bezpomysłowy. Ci, którzy chcą uchodzić za jakichś tam erudytów kinematograficznych, czy jak to sobie jeszcze nazwiecie, oczywiście powinni go oglądnąć, ale ja mam dla was coś o wiele lepszego… „Znikający punkt” („Vanishing point”) pokazuje nam mężczyznę o swojsko brzmiącym nazwisku Kowalsky, który ma dostarczyć Dodge’a Challengera (rocznik ’70) ze stanu Kolorado do Kalifornii. Samotnik? Jest. Amerykańskie autostrady? Są. Uberfantastyczny samochód? Jest. No to jedziem! Kowalskiemu dzieje się coś z głową, a poza tym ma niewiele czasu, postanawia więc pokonać całą trasę w rekordowym czasie, co kończy się po pierwsze konfliktem z prawem, a po drugie zdobyciem zaskakującej popularności. Nasz bohatyr spotyka po drodze wiele postaci, o których można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że są bezbarwne. Naga motocyklistka, hippisowski kapłan J. Hovah (skupcie się chwilę na wymowie tego nazwiska), a przede wszystkim niewidomy murzyński didżej radiowy Super Soul, który staje się przewodnikiem Kowalskiego. No i przy okazji zapuszcza stosy fantastycznych kawałków. Są ciekawe postacie? Są. Jest flower power? Jest. Jest świetna muzyka? Jest. Dorzućcie do tego naprawdę niezłe zdjęcia, ciekawą klamrową budowę całości oraz niezbyt oczywiste pod wzgledem psychologicznym zakończenie, porządnie zamieszajcie, a dostaniecie najlepszy – według mnie – film drogi oraz jeden z najlepszych – też według mnie – filmów ery dzieci kwiatów. „Vanishing point” to coś zdecydowanie więcej, niż „the ultimate car chase movie” (jak głosi plakatowy slogan).

OCENA (ZNIKAJĄCY PUNKT):

Pomysł 3,5 | Historia 4,5 | Aktorzy 4 | Zdjęcia 4,5 | Dźwięk 5

Źródła zdjęć: filmweb.pl, superteksty.pl

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Kinonotatki i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Filmy z wakacji #2

  1. Kuba Cieślik pisze:

    Skoro wspominasz o eisensteinie to polecam obejrzeć „Pancernik Potiomkin” – chyba najbardziej sztandarowy film jego autorstwa. A „Vanishing point” już dawno chciałem obejrzeć – zabrakło czasu i tytuł mi wypadł z pamięci. Dzięki za przypomnienie :)

  2. mag. pisze:

    Polecam obejrzenie „Road to Salina” ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s