Filmy z wakacji #1



„Ferie letnie to dla wielu człowieków dobry czas na nadrabianie zaległości książkowych, filmowych, płytowych i różnych innych takich” (czytała Krystyna Czubówna). Nie jestem w tym temacie żadnym wyjątkiem – co nieco przez wakacje obejrzałem. I chociaż skończyły mi się one już miesiąc temu, to przecież recenzje filmowe się nie starzeją – a kilka takich krótkich opinii chciałbym wam właśnie zaprezentować. Całość podzieliłem na dwie części, ot tak żeby się łatwiej czytało. O czterech filmach dziś, o czterech za dni kilka.

Moon
Przyszłość. Księżyc. Człowiek o nazwisku Sam Bell mający niedługo zakończyć swój trzyletni kontrakt w kosmicznej bazie. Film ten wyraźnie kojarzy się z „2001: A Space Odyssey” (konkretnie z trzecim „rozdziałem” dzieła Kubricka). Jest kosmos, jest „samotny” człowiek, jest superinteligentny i zły (czy aby na pewno?) komputer. Niestety „Moon” zdecydowanie odstaje od „Odysei” (co akurat powinno być dość oczywiste dla każdego, kto chociaż minimalnie zna się na filmach sci-fi). Fabuła prosta, przewidywalna, zaskoczeń mało, zdjęcia nie poruszają, muzyka taka o. Wiadomo, że od biedy można sobie dorobić do całości jakaś filozofię, ale będzie ona zdecydowanie naciągana. Ogólnie jest po prostu średnio. Fani sajens fikszyn zasadniczo powinni oglądnąć, nie-fani niech lepiej zrobią sobie kanapki. Aha – plakaty są bardzo fajne.

OCENA (MOON):

Pomysł 3,5 | Historia 3 | Aktorzy 4 | Zdjęcia 4 | Dźwięk 3


Valhalla Rising

Przenosimy się w czasie i przestrzeni: gdzieś na północy Europy, w okresie wczesnego średniowiecza, jednooki wojownik o imieniu Jednooki (no shit, Sherlock!) ucieka od swoich nordyckich (Szkockich chyba) oprawców i razem z małym blond-chłopcem (taka trochę Ala Janosz) rusza w świat. Po drodze spotykają jakichś wojowników-prozelitów wybierających się na wycieczkę do Ziemi Świętej. Postanawiają zabrać się razem z nimi, ale z powodu mgły chłopakom psują się GPS-y i zamiast do Lewantu trafiają do Ameryki. Fabuła cienka jak „rosół” na samych jarzynkach. Posępne i niemal jednokolorowe zdjęcia c z ę ś c i o w o ratują sprawę. Na plus można też zaliczyć mało wyraźne, ale jednak obecne nawiązania do mitologii i historii nordyckiej (jedno oko miał Odyn; Wikingowie najprawdopodobniej rzeczywiście dotarli do Krainy Hamburgera przed Kolumbem). Jeśli ktoś lubi szukać filozofii tam gdzie jej nie ma (sytuacja podobna jak z „Moon”), może oglądnąć całość. Jeśli ktoś lubi krwawą jatkę, niech oglądnie pierwszych 20-30 minut. Pozostali mogą sobie „Valhalla Rising” ze spokojnym sumieniem odpuścić.

OCENA (VALHALLA):

Pomysł 2,5 | Historia 3 | Aktorzy 3 | Zdjęcia 4 | Dźwięk 3


Siódma pieczęć

Dalej siedzimy w średniowieczu – rycerz Antonius Block wraca z wyprawy krzyżowej do Szwecji i już pewnie myśli o klopsikach z Ikei, ale okazuje się, że jego rodzinna ziemia jest trawiona przez Czarną Śmierć. W tych okolicznościach przystępuje do metaforycznej gry w szachy z samą Śmiercią. Całość dla niektórych może brzmieć dość niedorzecznie. Co więcej ostatnia krucjata kończy się w 1271 roku, a dżuma uderza w połowie XIV wieku – mamy tu więc pozorną nieścisłość. Kiedy jednak spojrzymy na „Siódmą pieczęć” tak jak należy, a więc w kategoriach symbolicznych, alegorycznych, to będziemy już wiedzieć, dlaczego Ingmar Bergman jest uznawany za jednego z najwybitniejszych reżyserów. „Siódma pieczęć” jest bowiem niemal perfekcyjną syntezą wyobrażeń, kultury, sztuki, czy sposobów myślenia charakterystycznych dla epoki średniowiecza. Mamy tu wszechobecne fragmenty z Biblii, topos tańca śmierci, pochody biczowników, motywy apokaliptyczne i jeszcze kupę innych alegorii, połowy których pewnie nawet nie zauważyłem. Film będzie f a n t a s t y c z n y m przeżyciem dla każdego, kto spełnia dwa warunki: nie brzydzi się starymi filmami („Det sjunde inseglet” pochodzi z 1957) i jest obeznany w jakimś stopniu z kulturą średniowieczną. Polecam, a jakże.

OCENA (PIECZĘĆ):

Pomysł 4 | Historia 5 | Aktorzy 4,5 | Zdjęcia 4,5 | Dźwięk 4


Vicky Cristina Barcelona

Oczekiwałem przeciętnej komedii romantycznej. Co dostałem? Zasadniczo właśnie przeciętną komedię romantyczną… Ale czy aby na pewno? Może po kolei: film opowiada o dwóch tytułowych przyjaciółkach – Vicky oraz Cristinie. Podczas wakacji w Hiszpanii spotykają one malarza Juana Antonia, a ostatecznie też jego byłą (powiedzmy) żonę Marię Elenę. Wątków romansowych, małżeńskich i seksualnych jest tyle, ile hektarów na polu Andrzeja Leppera. Albo i więcej. Są one zarysowane w dość szablonowy sposób – nie jest to jednak żaden minus, bo dzięki temu mój męski mózg nie pogubił się w odpowiedzi na pytania: kto? z kim? co? po jaką cholerę?. Postacie są zwyczajnie sztampowe, ale jedynie jeśli chodzi o scenariusz. Co się bowiem tyczy gry aktorskiej… wszyscy stanęli na wysokości zadania. Bardem, Johansson, czy Hall (Rebecca, nie Katarzyna; na całe szczęście) są naprawdę nieźli. A Penélope Cruz? Fantastyczna. Jej rola nie-do-końca-zdrowej-na-umyśle Marii Eleny, to według mnie najjaśniejszy punkt filmu. Kocham ją i chciałbym żeby pokrzyczała na mnie po hiszpańsku. Zdjęcia są dobre, momentami bardzo dobre, muzyka już natomiast średnia (a motyw przewodni wręcz kiepski). Na zakończenie okazuje się więc, że „Vicky Cristina Barcelona” może być nazwana przeciętnym filmem, ale już przeciętną komedią romantyczną nie. Jest to produkcja znacząco lepsza od wielu innych z tego gatunku i z pewnością mogę ją fan(k)om takowej tematyki polecić.

OCENA (BARCELONA):

Pomysł 2,5 | Historia 3,5 | Aktorzy 4,5 | Zdjęcia 4 | Dźwięk 3/5

Źródło zdjęć: filmweb.pl

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Kinonotatki i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s