A może by tak… Eric Clapton?



Koniec wakacji – czas na powrót do w miarę regularnego blogowania. Kolega poprosił mnie ostatnio o parę informacji na temat Erica Claptona. Z początkowo krótkiej wiadomości zrobiła się długa i w końcu uznałem, że po kilku niezbędnych poprawkach („jak chcesz, to mam bootleg z koncertu” brzmi dobrze w rozmowie, ale w artykule już niekoniecznie) postanowiłem wykroić z tego notkę na bloga. A temat jak najbardziej na miejscu, bo po pierwsze Clapton wydał niedawno nową płytę, a po drugie w Polsce znana jest w zasadzie tylko solowa cześć jego kariery. A ta jest – co tu dużo mówić – najmniej godna uwagi.


Eric Clapton już na początku kariery znalazł się w odpowiednim miejscu. Niedługo po wyrzuceniu go z college’u przystąpił do formacji The Yardbirds (1963). Nie posiedział tam długo, ale jest to z pewnością ważny punkt w jego karierze. Wspomnę choćby o tym, że z tego samego zespołu wyszli także dwaj inni wybitni gitarzyści: Jeff Beck i Jimmy Page. W chwilę po opuszczeniu Yardbirdsów młodego jeszcze (bo 20-letniego) Claptona zaangażował John Mayall, którego Bluesbrakersi uważani są przez wielu za pionierskich jeśli chodzi o tzw. białego bluesa (granego przez nie-Murzynów). I tym razem jednak pobyt Erica w zespole okazał się efemeryczny.

W 1966 Eric założył, razem z basistą Jackiem Brucem i perkusistą Gingerem Bakerem, zespół Cream. Było to więc typowe power trio (innym znanym jest chociażby The Jimi Hendrix Experience), a jednocześnie jedna z pierwszych tzw. supergrup. Wszyscy trzej panowie mieli już bowiem ugruntowaną pozycję na rynku muzycznym. To mniej więcej w tym okresie ktoś napisał na ścianie w Londynie „Clapton is God”. Czasy Cream to też z pewnością najlepszy moment kariery Erica, a sam zespół znajduje się w czołówce moich 5 ulubionych. Nie jest przy tym prawie w ogóle znany w Polsce. Z tych trzech powodów poświecę mu największą część artykułu.

Cream istniało bardzo krótko, bo zaledwie trzy lata. Pierwsza płyta, czyli „Fresh Cream” (1966) jest mocno bluesowa, czy też może rhythm & bluesowa. Znajdują się na niej (fantastyczne swoją drogą) covery takich standardów jak „Cat’s Squirrel” czy „Rollin’ and Tumblin’”. Ale widać już też – tak charakterystyczne dla „Cream” – radosne, psychodeliczne zacięcie – chociażby w „N.S.U.”, który jest chyba moim ulubionym kawałkiem na płycie. Jest tu też znak firmowy wszystkich trzech panów, a więc mistrzowskie solówki (np. Ginger Baker popisujący się w „Toad”) i równie fantastyczne chórki (wspomniane „N.S.U.”, czy też „I Feel Free”).

Tytuł następnego krążka – „Disraeli Gears” (1967) – jest grą słów (zainteresowanych i znających angielski odsyłam tutaj), a sama płyta najlepszą w historii tego wybitnego zespołu. Osobiście uwielbiam „S.W.L.A.B.R.” (oni coś mieli z tymi skrótami…), ale przeglądając tracklisting muszę stwierdzić, że w zasadzie każdy utwór absolutnie w y m i a t a (najbardziej znane jest „Sunshine of Your Love”, niektórzy mogą kojarzyć ten kawałek z filmu „Chłopcy z ferajny”). Jest to też album bardziej zróżnicowany od poprzedniego – wrzućcie sobie chociażby „Mother’s Lament”. Płyty były jednak tylko częścią kariery „Cream”, największą sławą cieszyły się koncerty Claptona i kolegów, gdzie rozwijali normalne utwory w kilkunastominutowe jam sessions.

Takie cuda można usłyszeć (choć nie ukrywam, że dla niektórych mogą być trochę męczące) na dwóch kolejnych płytach: „Wheels of Fire” (1968) oraz „Goodbye” (1969). Oba wydawnictwa są częściowo live, częściowo studyjne. Z tych studyjnych numerów absolutnie miażdży „White Room” zamieszczone na „Wheels”, bardzo dobre jest też „Deserted Cities of the Heart”, natomiast na pożegnalnym „Goodbye” (tytuł jak najbardziej adekwatny) uwagę zwraca „Badge”, które napisał Clapton wraz ze swoim koleżką Georgem Harrisonem. Tak, tym z The Beatles. Gdyby komuś przypadły do gustu nagrania koncertowe, to ciekawą pozycją okazać może się bootleg z ostatniego koncertu grupy przed jej rozwiązaniem, który odbył się w Royal Albert Hall (jeszcze w 1968).

Co potem z Claptonem? Pisałem juz kiedyś na blogu o „The Rolling Stones Rock and Roll Circus”. Oprócz The Who czy Stonesów wystąpiła tam kolejna w życiu Erica supergrupa – tym razem jednorazowa – a mianowicie The Dirty Mac. W jej skład weszli: John Lennon (beatlesowski monolit powoli się rozpadał), Keith Richards (jeszcze z ludzką twarzą), Mitch Mitchell (perkusista od Hendriksa) i właśnie Clapton. Chłopaki wykonali między innymi fantastyczną wersję „Yer Blues” Lennona. Potem „Slowhand” (bo tak brzmi pseudonim Erica) zaczął się szlajać. W 1969 założył, wraz ze Steviem Winwoodem, Blind Faith, które teoretycznie było supergrupą, ale w rzeczywistości niczego super nam nie pokazało. Przy okazji Clapton zaczął powoli tracić kontrolę nad narkotykami i piciem. Zadurzył się też w Pattie Boyd, która jednak – cóż za niefart! – była juz związana ze wspomnianym Georgem Harrisonem. To dla niej napisał „Laylę” – wielki (i w zasadzie jedyny) hit nagrany wraz z kolejnym zespołem, a więc z Derek and the Dominos.

Później Clapton zaczął solową karierę, podczas której najbardziej znany był z tego, że… zmagał się z uzależnieniem od używek. No dobra, na przestrzeni wielu lat udało mu się nagrać kilka godnych uwagi utworów. Warto zainteresować się dwiema płytami: „461 Ocean Boulevard” (1974) oraz „Slowhand” (1977). Na pierwszej widać fascynację reggae (skubańcuch nagrał nawet własną wersję „I Shot the Sheriff”), ale można tam też znaleźć „Motherless Children”, „Let It Grow” i „Steady Rollin’ Man”. Wszystkie trzy – a także nieco bardziej znane „Cocaine” zamieszczone na „Slowhand” – szczerze polecam. Gdyby ktoś lubił akustyczne granie, to może też zainteresować się płytą „MTV Unplugged” z 1992 (to tu znajduje się chyba najbardziej popularna wersja słynnej „Layli”).

Aktualnie Eryk dość dużo koncertuje, organizuje też co jakiś czas „Crossroads Blues Festival”, gdzie brzdąka z takimi sławami jak Carlos Santana, czy inny Mark Knopfler, przy okazji raz po raz pokazując swój niewątpliwy geniusz w dziedzinie gry na gitarze. I to by było na tyle… gdyby nie jedno uaktualnienie – otóż na półkach sklepowych stoi właśnie jeszcze ciepła płyta „Clapton”. I wygląda na to, że ponowne zapuszczenie włosów pomogło naszemu staremu Erykowi. Bez zbędnego wdawania się w szczegóły (zwłaszcza, że nie zapoznałem się jeszcze porządnie z albumem): płyta niemal obowiązkowa dla wszystkich wielbicieli starej muzyki. Keep on rollin’, Eryczku.

Źródło zdjęcia: last.fm

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Długoteksty i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „A może by tak… Eric Clapton?

  1. Jesteś fanem Cream! To polecam Ci ten temat i sam film „Beware of Mr. Baker” Super sprawa :-)
    http://obszary.com/2012/11/18/uwaga-ginger-baker/
    Pozdrawiam!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s