AC/DC na Bemowie



Koncert odbył się już dwa tygodnie temu, ale recenzji w internecie wciąż zaskakująco niewiele, więc może i moja – opóźniona nauczaniem przedsesjowym – do czegoś się przyda. Fanom Dżemu, szatanom i zaślepionym wyznawcom AC/DC dziękuję w tym momencie, resztę zapraszam do czytania.

Wniosek pierwszy, pozamuzyczny: tylu pijanych, śmierdzących i brudnych szatanów nie widziałem w całym moim życiu. Podejrzewam, że na jakimś tam Sonisphere będzie jeszcze tragiczniej, ale to, co się działo na Acca Dacca i tak przekracza moje granice wytrzymałości. Rozumiem, że to wasza subkultura, chłopcy i dziewczęta, i że po prostu lubicie irytować innych swoim jestestwem, dlatego też więcej nad tematem rozckliwiał się nie będę. Na szczęście Bemowo jest duże, ludzi na koncercie zjawiło się w sumie dość niewiele, mogłem więc stanąć sobie nieco dalej i delektować się muzyką, a nie zapoconymi plecami zbuntowanej młodzieży.

Wniosek drugi, ostatni narzekawczy: nie lubię Dżemu. Nigdy nie lubiłem i nie zacznę. Riedel był dla mnie po prostu marny, a jego następcy wydają się godnie kontynuować tradycję poprzednika. Żaden z tego blues rock, raczej zwyczajna, kiepska, polska muzyka. Większa część publiczności wydawała się jednak zachwycona faktem, że to właśnie kawałki pokroju „Snu o Victorii” (który swoją drogą ma intro paskudnie zerżnięte od Claptona z kolegami) poprzedzą występ Acca Dacca. Szkoda, bo świadczy to tylko i wyłącznie o nieznajomości własnej kultury muzycznej wśród Polaków. Tak przy okazji – chcecie dobrego, rodzimego bluesa? Włączcie sobie Breakout.

Wniosek trzeci: AC/DC są stuprocentowo przewidywalni i nic w tym złego. Każdy trochę bardziej zainteresowany widz wiedział już wiele tygodni wcześniej, jakie kawałki usłyszy w Warszawie. Dlaczego? Otóż Dziadek Angus i Spółka na każdym koncercie mają taki sam zestaw utworów – to samo grali w Niemczech, to samo w USA, to samo w Japonii… Podobnie przez całą trasę. I wiecie co? Bardzo dobrze. Taka przecież jest ich muzyka już od prawie 40 lat – może niezupełnie monotonna, ale na pewno przewidywalna, a jednak wciąż dająca niesamowicie dużo radości ze słuchania. Jakiekolwiek nowatorstwo podczas występów nie byłoby zbyt dobrze odebrane.

Wniosek czwarty: pod względem muzycznym koncert był naprawdę dobry. Ów oklepany zestaw piosenek wyjątkowo przypadł mi do gustu. Co prawda trasa koncertowa nazywa się „Black Ice Tour”, ale z samego „Black Ice” mieliśmy tu jedynie jakieś cztery utwory. Cała reszta to nasze ukochane starocie pokroju „Dirty Deeds”, „Shoot to Thrill” i „High Voltage”. Wykonanie jest podobnie standardowe: na „The Jack” Angus pokazuje majtasy, po „Let There Be Rock” zasuwa z długaśną solówką, na „Dirty Deeds” Brian zachęca publiczność do wspólnego śpiewania.

Wszystko przy takim podsumowaniu sprawia wrażenie wyrachowanego, ale mimo wszystko wydawało mi się, że nasi ukochani szkoccy Australijczycy wciąż mają ogromną radochę z muzykowania i że nie jest ona związana jedynie z otrzymywanymi za to pieniędzmi. Mam nadzieję, że rzeczywiście tak to wygląda. Nie był to na pewno najlepszy koncert w moim życiu (Paul McCartney wciąż przoduje – zarówno repertuarem, jak i wykonaniem, czy oprawą), ale z pewnością wychodziłem z niego zadowolony. Pozdrawiam wszystkich, którzy wciąż miło wspominają występ. Zwłaszcza tych, którzy nie śmierdzieli wypitą na szybko wódką i tych, którzy potrafili klaskać inaczej niż „na raz”.

Źródło zdjęcia: acdc.com

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Długoteksty i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

10 odpowiedzi na „AC/DC na Bemowie

  1. Dawidsu pisze:

    Tak to właśnie jest z AC/DC – ich utwory są proste, powtarzalne, ale coś w sobie mają. Nie przepadam za zbyt ciężką muzyką, ale czasem lubię posłuchać „szkockich Australijczyków” (choć nie na tyle, by płacić za koncert :P).

    P.S. Niech sczeźnie klaskanie na raz!

  2. b`boy pisze:

    Dziś, wyjątkowo: like it:) A ile bilet?

  3. Kubosław Wspaniały pisze:

    Dobra w paru punktach muszę się nie zgodzić.
    1. Brudasy – Rozumiem twoją niechęć do smrodliwych pleców i brudnych skarpet w glanach ,ale wydaje mi się ,że troszkę dramatyzujesz jeśli idzie o subkulturowanie i takie tam. „po prostu lubicie irytować innych swoim jestestwem” strasznie to brzmi wyrachowanie i wali od tego wyższością :p

    2. Występ Dżemu był mierny i z tego co wiem większość ludzi którzy przyszli nie bardzo wiedziała po kiego grzyba tam się w ogóle pojawili.

    3. Najlepsze utwory jakie zagrali to były „Dirty Deeds”(będącym jednym z moich ulubionych ;)) „Thunderstruck” i „Highway to Hell”.

    A sam koncert był naprawdę świetny i nie żałuję ani złotówki wydanej na bilet :)

    • patykowy pisze:

      Wciąż mam przed oczami nastolatki w glanach biegnące pod scenę, aby nie uronić ani jednej dżemowej nuty. ^^ Ale rzeczywiście – spotkałem się już parę razy z opinią podobną do naszej i to cieszy. =)

  4. Abe pisze:

    A propos tego wniosku pozamuzycznego :). Ja ich tam może nie wąchałem, ale pozwolę sobie stwierdzić, że byłem w grupie, ekhm… nieco bardziej „ruchliwych” fanów na koncercie i raczej nic nie czułem. Tzn. nie bardziej niż na innych koncertach (Kult na Juwenaliach 2010, osz Matko Przenajświętsza…). Może powodem było, że sam nie pachniałem za dobrze ^^. W to jednak wątpię, jestem bardzo pachnącym człowiekiem :P. W każdym razie, drogi Paciu, czułeś ich na początku czy w trakcie/po koncercie? :D

  5. Ala pisze:

    „Wniosek drugi, ostatni narzekawczy: nie lubię Dżemu. Nigdy nie lubiłem i nie zacznę.”
    High five! Co krok spotykam się z psalmami pochwalnymi kierowanymi w stronę Dżemu- Rysiek to Bóg i nieważne, że osoba, która właśnie wymienia mi jego niezwykle pozytywne cechy jeszcze przed pięcioma minutami określiła Jima Morrisona jako pijaczynę, który chociażby przez swoje nałogi nie powinien być szanowany, to nic! Rysiek był najlepszy, zmienił polską muzykę, jest najlepszym wokalistą, a to, że połowę materiału zerżnął od innych? Nie szkodzi, to przecież Riedel! Poza tym zauważyłam ostatnio, że Dżem, Metallica, Guns’n’Roses, czy AC/DC święcą tryumfy wśród polskiej młodzieży. W sumie nie wiem, czym jest to spowodowane i dlaczego inne znakomite (i o niebo lepsze) od nich zespołu rockowe/metalowe/bluesowe są tak po macoszemu traktowane.
    Co do koncertu, nie byłam i nie żałuję, bo AC/DC to dla mnie mimo wszystko zespół niesamowicie mało różnorodny, zespół odtwarzanych w kółko tych samych dźwięków, które wszędzie brzmią tak samo. Poza tym, „Black Ice” to dla mnie porażka.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s