Dlaczego gardzę… smooth jazzem



No i wracamy do serii artykułów o tym, czego w muzyce nie lubię. Dzisiaj trochę o smooth jazzie. Na szczęście aktualnie jego popularność nieco spadła, ale pamiętam, że jeszcze rok, czy dwa lata temu półki w empikach uginały się pod składankami typu „Superturbo Smooth Jazz Chillout Compilation vol. 6”. Był to kolejny efekt braku podstawowej wiedzy muzycznej wśród Polaków i przepraszam was wszystkich, ale trudno mi pozostać obojętnym.

Długo nie będzie, nie bójcie się. Tak naprawdę nie ma za wiele do pisania na ten temat.  Początków tzw. smooth jazzu szukać należy w naszym sojuszniczym, alianckim kraju, tj. w USA. Gdzieś tak na przełomie lat 60-tych i 70-tych ubiegłego wieku, w związku z rozpędzającą się gospodarką, a zwłaszcza marketingiem, pojawiło się wyraźne zapotrzebowanie na przyjemne dla ucha, nieskomplikowane i niewymagające uwagi podkłady muzyczne, których możnaby użyć w kampaniach reklamowych. Ludzie wykładający na to kasę nie chcieli, aby zadanie nagrania owych utworów przypadło artystom oryginalnym, czy innowacyjnymi – pragnęli w miarę taniego, pewnego profesjonalizmu. A kto jest najbardziej profesjonalny w branży? Muzycy sesyjni (swoją drogą polecam kawałek Kinksów). A tak się składa, że ten gatunek ludzi jest najczęściej związany z jazzem (po prostu jazzmanowi trudno zarobić wystarczającą do życia ilość pieniędzy na samej karierze solowej). Stąd już prosta droga do tzw. smooth jazzu.

Jest to po prostu nieskomplikowana muzyka „do tła”. Anglojęzyczni mają na taką twórczość ładne określenie – muzak, u nas podobnego słowa brakuje. Chodzi o to, że można jej użyć w reklamie, puścić w supermarkecie, czy też (ale to już raczej nie w Polsce) w windzie. Podejrzewam, że większość z was wie, jakie są podstawy jazzu, na czym ten gatunek się opiera. Otóż jednym z jego fundamentów (jeśli nie cechą najważniejszą) są rozbudowane improwizacje instrumentalne. W smooth jazzie takowych, z wiadomych powodów, nie uświadczycie. Dochodzimy więc do zasadniczego pytania – czy smooth jazz jest jazzem? Uprzejmie odpowiadam: nie jest.

I teraz kilka ważnych słów na zakończenie. Muzyka przede wszystkim służy rozrywce i myślę, że każdy z nas lubi sobie czasem posłuchać czegoś, co jednocześnie ładnie brzmi i nie zmusza mózgu do zbytniego wysiłku. Sam wrzucam czasem do Winampa Guns n’ Roses, czy innych Van Halenów. I jedni i drudzy grają przyjemnie, ale nie oszukujmy się – nie jest to muzyka wybitna. Z tego samego powodu nie oczekuję, że zbierzemy się na rynku jakiegoś dużego miasta i gremialnie spalimy wszystkie smufdżezowe składanki. Taka muzyka też jest potrzebna i jestem nawet w stanie zaakceptować to nieszczęsne słowo „jazz” w nazwie (zdaję sobie sprawę z tego, że na zmiany już za późno). Brzydzę się jednak wypowiedziami niektórych ludzi, którzy kupują te wszystkie albumy, siadają z wyprostowaną szyją w fotelu, biorą do ręki lampkę niekoniecznie dobrego, ale za to drogiego wina i wprost ociekają przekonaniem o swojej elitarności, szyku, klasie i guście muzycznym. „Ach, sympatyczny jazzik.” Proszę, zmądrzejcie.

Źródła zdjęć: empik.com, kobieta.pl, innerrhythmstudios.com

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Długoteksty i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

10 odpowiedzi na „Dlaczego gardzę… smooth jazzem

  1. b`boy pisze:

    Bzdura, szmura, chmura… logomachia… Chłopcze! Ja apeluję, Miarkuj się w osądach, ktoś gotów jest znienawidzić to zanim posłucha. Toż ty dzielisz scenę muzyczną na The Who, Led Zeppelin, kilka zespołów znanych z popisów gitarowych które czasem wrzucasz na Winampa i całą resztę którą gardzisz. Tak, wiem, to tylko tytuł cyklu.

    Ty gardzisz( tak, wiem że to cykl) wszystkim bez gitary i z gitarą z garażu… ale nie o tym… Ubolewasz nad nazwą, a ja nad istota sprawy. Ktoś to nazwał „The Best of Smooth Jazz Ever” bo jako the best of (…) prawdopodobnie by się nie sprzedało, bo są zapomniani niestety. Gdyby to nazwać „Hot 18`s adventures” prawdopodobnie zgłoszono by reklamację . To oznacza ze do społeczeństwa wiele z tych pięknych piosenek nie przemycisz inaczej, nie żeby słuchali, tylko żeby posłuchali. Nie zgadzam się na to żeby mówić, że Julie London, Matt Monro, nawet Dean Martin śpiewali piosenki tylko po to, żeby odtwarzano je później w windzie czy w markecie. Śpiewali żeby się zakochiwać, żeby czuć szczęście, żeby płynąć po parkiecie w ich rytm… Hola, hola, młody człowieku! Uważam że dalece się posuwasz, NAWET jeśli na tej płycie jest coś więcej od nagrań dysponujących znakomitymi głosami wokalistów., NAWET jeśli któraś z ich piosenek przyciąga do jakiejś reklamy!

    Gatunków, mój drogi, jest wiele, podejrzewam ze więcej od zespołów, ale nie rozwiązuj tego w ten sposób, nie wyrzucaj, co Ci niepotrzebne, do kosza! Jeśli ta muzyka relaksuje, to ktoś wpadnie na to żeby to wykorzystać, na przykład jako podkład muzyczny reklamy. Przecież w reklamie czegoś co ma nas pobudzić będą inne, agresywne, mocniejsze utwory… Nie doceniasz instrumentów perkusyjnych , sekcji dętej i klawiszy. One czasem grają delikatniej, w konkretnym celu! Nie po to by zareklamować kawę…

    • patykowy pisze:

      Wybacz, ale trudno mi prowadzić z tobą jakąkolwiek rzeczową dyskusję, bo swoją wypowiedź opierasz na kłamstwach.

      „Ty gardzisz (…) wszystkim bez gitary i z gitarą z garażu”.
      Nieprawda.

      „Gatunków, mój drogi, jest wiele, podejrzewam ze więcej od zespołów, ale nie rozwiązuj tego w ten sposób, nie wyrzucaj, co Ci niepotrzebne, do kosza!”
      Nie robię tego.

      „Nie doceniasz instrumentów perkusyjnych , sekcji dętej i klawiszy.”
      Nieprawda.

      Hola, dojrzały mężczyzno w sile wieku – nie wciskaj mi w usta stwierdzeń, których nie wypowiedziałem, a do głowy rzeczy, o których nie pomyślałem. Nonono, kłamstwo to naprawdę bardzo nieładna rzecz. Zdaje mi się, że nie przeczytałeś ostatniego akapitu artykułu. Albo też po prostu wrzuciłeś go w zakurzony kąt twojego umysłu, bo świadomość jego istnienia przeszkadzała ci w krytyce. Przepraszam, w krytykanctwie.

      A już stwierdzenie, które to próbowałeś – jak widać nie do końca sprytnie – przemycić używając zwrotu „ale nie o tym”, jakobym słuchał jedynie zespołów gitarowych, jest nie tylko nieprawdziwe, ale wręcz śmieszne. Świadczy o tym, że oparłeś się jedynie na moich artykułach blogowych (których po pierwsze jest jeszcze mało, a po drugie realizują pewną określoną, wąską koncepcję), a nie chciało ci się chociażby wykonać tak prostej czynności, jaką jest wejście na moje konto na last.fm. Nawet teraz możesz zobaczyć tam Louisa Jordana (i proszę – nie wyjeżdżaj z tekstem „O! Puściłeś go specjalnie, młody człowieku!”, tylko przejrzyj najpierw moją bibliotekę).

      Tworzysz sobie sztuczny, wyimaginowany obraz mnie i z tymże tworem, a nie ze mną próbujesz dyskutować. Dlatego też ja więcej na podobne komentarze odpowiadał po prostu nie będę. Dziękuję i nie zapraszam ponownie. No chyba, że w końcu postanowisz opierać się na konkretach, a nie na tym, co dyktuje ci twoja – z pewnością bogata – wyobraźnia.

  2. Anonim pisze:

    cóż, zgadzam sie z tobą. Artykuł bardzo dobry, miło sie czyta twojego bloga ;)

  3. Bombadil pisze:

    Artykuł o zadziwiająco podobnej tematyce czytałem jakiś czas temu bodajże w Polityce. Czyżby inspiracja? No, ale niestety gazetka w domu została więc daty teraz nie sprawdzę.

    • patykowy pisze:

      Och, z pewnością nie, bo Polityki nie czytam w ogóle. ^^ Tak jakoś nie odpowiada moim poglądom. A o smooth jazzie w swoim czasie mówiło się dużo – zarówno pozytywnie, jak i negatywnie. Niewykluczone więc, a nawet pewne, że rzeczywiście znalazł się gdzieś artykuł kogoś, komu zjawisko s.j. również nie przypadło do gustu. :)

  4. Bombadil pisze:

    Czytać można wszystko… przynajmniej są potem jakieś podstawy do krytyki. I tak z ciekawości. Dlaczego z taką pasją bronisz prawdziwego jazzu skoro w opisie swojej zacności wspominasz o miłości do bluesa. Rozumiem, i w pełni popieram różnorodność. Kotlet jedzony na wszystkie posiłki imho robi się niesmaczny. Jednakże chyba każdy jakieś kanony estetyczne posiada, zaś jazz i blues są dosyć odmiennymi od siebie stylistykami. Że lekkiego słowa użyje. Oczywiście zawsze można je połączyć truizmem w rodzaju… dobra muzyka. Jednakże wtedy po prostu zaczynasz popijać kotleta czekoladom.

    • patykowy pisze:

      Eee… Yyy… Naprawdę nie chcę burzyć twojej zbudowanej w pocie czoła metafory, ale… Przecież jazz wywodzi się bezpośrednio z bluesa. :D Ma też z nim wspólne korzenie. Poczytaj sobie o historii tych gatunków, zacznij np. od dixielandu. Nie musisz kupować książek, dość dużo znajdziesz na ten temat w internecie, całkiem niezłe są chociażby artykuły na (angielskiej) Wikipedii.

      Pozdrawiam.

      P.S. – „Czekoladą”.

  5. Jakim pisze:

    Gdyby smooth jazz nie miałby w swojej nazwie drugiego elementu, czy ten artykuł wtedy by powstał? Pytanie podstawowe: gardzisz muzyką czy etykietą?

    • patykowy pisze:

      Tak ostatecznie, konkretnie to… ani jednym, ani drugim. I gdybyś czytał ze zrozumieniem, Jakim, to wiedziałbyś o tym. Odpowiedź na twoje pytanie jest bowiem zawarta wprost w ostatnim akapicie, znajduje się tam od maja tego roku (to zabawne, że odpowiedziałem ci, zanim w ogóle zapytałeś, czyż nie?). Nie chodzi o wartość muzyczną smooth jazzu („każdy z nas lubi sobie czasem posłuchać czegoś, co jednocześnie ładnie brzmi i nie zmusza mózgu do zbytniego wysiłku”; „taka muzyka też jest potrzebna”). Nie czepiam się też samej etykiety („jestem nawet w stanie zaakceptować to nieszczęsne słowo >>jazz<< w nazwie"; "zdaję sobie sprawę z tego, że na zmiany już za późno"). Chodzi o ludzką mentalność, brak wiedzy i świadomości muzycznej, bezmyślne nabieranie się na tricki wytwórni muzycznych ("brzydzę się jednak wypowiedziami niektórych ludzi"). To chyba tyle w tym temacie. Zwrócę też po raz kolejny uwagę na fakt, że zwrot "gardzę" jest nieadekwatny do rzeczywistego stanu mojego umysłu – wspominałem już o tym w którymś z poprzednich artykułów, czy też może w komentarzach. Źle ubrałem myśli w słowa i tak już zostało, bo to seria artykułów – mój błąd, przyznaję sie do niego (ponownie). I pozdrawiam.

      • Jakim pisze:

        Byłem tu przypadkiem i się właśnie zastanawiałem, skąd to nieadekwatne słowo, ale teraz już widzę, że to przez taką serię artykułów. Dzięki za sprecyzowanie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s