„Inglourious Basterds” – Tarantino wciąż wymiata



Nie chcę robić z siebie fanatycznego tarantinofana, ale muszę wspomnieć, że czekałem na „Inglourious Basterds” już od dłuższego czasu, prawdopodobnie jakieś dwa lata. Takie oczekiwanie zdarzyło mi się pierwszy raz w życiu, śledziłem wszystkie doniesienia na temat produkcji, czytałem fragmenty scenariusza, oglądnąłem wszystkie trailery… A wspominam o tym, ponieważ taka sytuacja doprowadziła mnie do stanu, w którym wiązałem z nowym filmem Quentina bardzo duże, wręcz ogromne nadzieje.

Zarezerwowałem więc z odpowiednim wyprzedzeniem bilety na pokaz premierowy (no dobra, zasadniczo zrobił to mój nieoceniony kuzyn), przeczytałem kilkukrotnie artykuł na angolowej Wikipedii, aż wreszcie (wczoraj) popędziłem na seans. Ludzi, jak to w piątki, było dużo, ale zachowywali się całkiem w porządku, co jest (niestety) dość wyjątkowe.

Napisy początkowe utrzymane w konwencji westernu – byłem na to przygotowany, ale i tak wielce mnie uradowały. Generalnie rzecz biorąc stylizacja całości jak to u Tarantino – wspaniała. Pojawiają się niespodziewane nagłówki, przebitki, komiksowe strzałki z podpisami pojawiających się bohaterów. Ścieżka dźwiękowa dość eklektyczna (jest Morricone, ale też chociażby Bowie), utrzymana na wysokim poziomie, jednak mam wrażenie, że nieco gorsza niż w „Reservoir Dogs”, czy „Kill Bill”.

Gra aktorska? Na baaardzo wysokim poziomie (przydałoby się nawet jeszcze więcej „a”). Christoph Waltz (Austriak, więc czytamy „walc”, a nie – jak niektórzy – „łolc”) grający głównego antagonistę, pułkownika Hansa Landę, dostał w Cannes nagrodę dla najlepszego aktora. Jest to wyróżnienie zdecydowanie zasłużone, chociaż mnie osobiście bardziej przypadł do gustu Brad Pitt w roli Aldo Raine’a. Duża też w tym rola reżysera/scenarzysty – nie od dziś wiadomo, że Tarantino potrafi naszkicować ponadprzeciętnie interesujące postacie. Mamy więc w „Basterds” psychopatycznego żołnierza niemieckiego, który zabija oficerów SS; mówiącego z przepięknym, południowoamerykańskim akcentem dowódcę tytułowych Bękartów (to właśnie Aldo „Apache” Raine a.k.a. Brad Pitt); genialnego, acz nieprzewidywalnego emocjonalnie Hansa Landę; zabawiających się w karczmie żołnierzy niemieckich, a wśród nich… King Konga (nie pytajcie, obejrzyjcie). Nie muszę chyba dodawać, że tarantinowskie dialogi jak zwykle zabijają.

Chociaż niektórzy z was znają już pewnie zarys prezentowanej w „Inglourious Basterds” historii, to pozwólcie, że przytoczę ją pokrótce raz jeszcze – po pierwsze dla tych, którzy jeszcze jej nie poznali, a po drugie dla samego siebie. II wojna światowa zbliża się powoli ku końcowi, drugi front aliantów w zasadzie odbił już Włochy z rąk faszystów, Francja jednak wciąż znajduje się w ich posiadaniu. To właśnie do tego europejskiego kraju zrzucony zostaje nietypowy oddział nazwany „Inglourious Basterds”. Składa się on z Amerykanów żydowskiego pochodzenia, którzy mają tylko jedno zadanie – zabijać nazistów. Robią to w sposób wielce widowiskowy, ale nie będę wam odbierał przyjemności zobaczenia tego własnymi oczyma.

Ta właśnie historia od samego początku przypadła mi do gustu. O ile jednak pozostałe składniki filmu były w zasadzie idealne, to fabuła „jedynie” bardzo dobra –  brakowało jej Tego Czegoś™. Przez niemal cały seans myślałem sobie „no fajnie, fajnie – Tarantino zrobił świetny film, jest ok, ale jednak brakuje mi jakiejś nadzwyczajności, aby móc nazwać ów obraz genialnym”. Aż tu nagle… Napisałem na początku, że spoilerów nie będzie i słowa dotrzymam. Dodam tylko, że koniec jest fantastycznie nieprzewidywalny w swej prostocie.

Tym samym Tarantino stworzył kolejny film, który mogę nazwać arcydziełem i nie mieć z tego powodu późniejszych wrzodów na sumieniu. Fabuła, postacie, stylizacja, dialogi – wszystko jest wręcz powalające. Wiem, że trochę głupio dawać maksymalną ocenę już w pierwszej recenzji upublicznionej na tym blogu, ale nie mogę się powstrzymać. Kocham cię, Quentin!

P.S. – Chciałbym, aby ten wpis był nieco mądrzejszy i bardziej inteligencki, dlatego dopisuję: niniejszym, aczkolwiek, kinematografia, Coelho, Maria Peszek oraz – przede wszystkim – kuriozum. Dziękuję.

OCENA:

Pomysł 5 | Historia 5 | Aktorzy 5 | Zdjęcia 4,5 | Dźwięk 4

Źródło zdjęcia: filmweb.pl

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Kinonotatki i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

11 odpowiedzi na „„Inglourious Basterds” – Tarantino wciąż wymiata

  1. Dawidzio pisze:

    Zgadzam się. Tarantino jest w formie. Teraz powinien nakręcić western, póki ma dobrą passę. :D Film trzyma w napięciu, nie nudzi, bawi i uczy. Nie, chyba bez tego ostatniego… W każdym razie czego chcieć więcej? Chwilami może było troszkę nieprzyjemnie, ale tego u Tarantino nie może zabraknąć. ;) Zresztą, ludzie przewrażliwieni raczej nie chodzą na jego filmy.

  2. Shinigami pisze:

    „Kuriozum”, to genialne w swojej prostocie słowo, warto go używać. Nawet wydaje mi się, że sam to zrobiłem w swojej wcalenierecenzji Bękartów.

    W skrócie, film świetny, walić do kin drzwiami i oknami.

  3. Boat Kaa pisze:

    Tarantino niewątpliwie w formie, jednak pozostaje pewien niedosyt. Film nakręcony na ostatnią chwilę, aby zdążyć na festiwal w Cannes i żałuję, że Quentin nie chciał troszkę poczekać na Morricone (kompozytor chciał więcej czasu na napisanie muzyki). W rezultacie muzyka jest najsłabszym punktem filmu, co rozczarowuje tym bardziej, że w poprzednich produkcjach Tarantino ścieżka dźwiękowa była sporym atutem. Poza tym, cały czas mam wątpliwości co do postaci Aldo Raine’a – jest tak przerysowany, że momentami denerwuje, szczególnie kiedy gości na ekranie trochę dłużej. Ale można to wybaczyć dla sceny, w której mówi „Arrivederci” ^^. Duży plus dla Waltza i Laurent – ich konwersacja przy ciastku była przednia (a także cała scena w tejże kawiarni/restauracji). Zresztą wszystkie dialogi, w których uczestniczył Hans Landa, były znakomite. Ogólnie film uważam za rewelacyjny, jednak do arcydzieła sporo mu brakuje. Tarantino na razie nie może przeskoczyć poprzeczki, którą sobie ustawił w 1994 roku. Może następnym razem ;-).

  4. john alabama pisze:

    maria peszek to ścierwo ;)

  5. 120daysodomy pisze:

    coelho zresztą też ;)

  6. patykowy pisze:

    Co prawda, to prawda… Lubię, gdy inni się ze mną zgadzają. ^^

  7. Abe pisze:

    Tak po pierwsze to zdaje mi się, że Bękarci nie zostali zrzuceni gdy „II wojna światowa zbliża się powoli ku końcowi”, ale nie jest to do końca wyjaśnione. Chapter 1 dzieje się w ’41, w części 2 Bękarci zostają nam przedstawieni, a ogromną sławę zdobyli już przed operacją „Kino”. Więc może być nawet tak, że działali od ’41 przez 3 lata we Francji :).

    A poza tym zgadzam się ze wszystkim, mój drogi Paciosławie. Film jest bardzo… tarantinowski (ależ zaskoczenie, co nie?), reżyser zachowuje swój zajebisty styl. Jest to jedyny film na jaki tak naprawdę bardzo czekałem w tym roku i zdecydowanie nie jestem zawiedziony. Brakowało mi trochę akcji Bękartów, bo tak na dobrą sprawę to niewiele tego było.

    Dawidsu, a propos tego westernu :)…
    „Wychowany między innymi na spaghetti westernach Tarantino od zawsze marzył o oddaniu hołdu jednemu ze swoich ulubionych gatunków. W latach 90. snuł nawet plany filmu w klimacie westernów spod znaku Sergio Leone, dziejącego się na głębokim amerykańskim Południu i, wedle wstępnego pomysłu, opowiadającego historię, której styl i ton leżał daleko od pompatycznych filmów z Johnem Wayne’em. Według głównego założenia fabuła obrazu o roboczej nazwie „A Southern” miała mierzyć się ze wstydliwą amerykańską przeszłością Dzikiego Zachodu i wyciągać na wierzch wszystko to, o czym dumni ze swej historii Amerykanie chcieliby jak najszybciej zapomnieć. Projekt jednak nie należał do priorytetów Tarantino i poza luźnymi dywagacjami reżysera nigdy nie pojawiły się żadne konkrety dające choćby cień nadziei na jego realizację.”

  8. patykowy pisze:

    „Nation’s Pride” opowiada o walkach we Włoszech, a więc mamy już do czynienia z ofensywą na zachodzie (drugi front). Stąd mój wniosek, że główna akcja filmu dzieje się w 1943-1944 roku. ^^

  9. Abe pisze:

    Co nazywasz „główną akcją filmu” :P ? Operację? Wiadomo, że „Kino” dzieje się w ’44, bo Aduś mówi o operacji Overlord podczas rozmowy z Goebbelsem. Ale skąd pewność, że Bękarci zostali zrzuceni krótko przed tym? ;)

  10. patykowy pisze:

    Nie napisałem przecież, kiedy Bękarci zostają zrzuceni. ^^ Napisałem tylko gdzie. Ale fakt faktem – mogłem trafniej dobrać kolejność zdań, żeby nie było niedomówień. =)

  11. ioanne pisze:

    Szczerze mówiąc gdy Bękarci Wojny pojawili się w kinach nie byłam do końca przekonana żeby iść na ten film… Ktoś mnie na szczęście przekonał i postanowiłam wybrać się do kina i to był jedna z najlepszych decyzji jakie mogłam podjąć, bo film jest wybitny! Wielkie ukłony dla Quentina Tarantino ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s